Chyba jednak jeszcze za jakiś czas powrócę do dań wigilijnych. Póki co, zaraz po Nowym Roku rozpoczyna się czas zaliczeń u mnie na uczelni i od biegania nocą z abażurową lampą i aparatem po wioskach po naukę o psychoanalizie Freuda robię w tym czasie wszystko. Tylko z gotowaniem słabiutko.
Dzisiejsze danie z cyklu sesjowych i tak jest bogate, a pomogła mi przy nim siostra, która genialnie doprawiła szpinak, gdy ja zaglądałam w notatki :)
Postaram się i obiecuję sobie, by w tym stresowym okresie mimo wszystko jeść zdrowo, bo przecież zdrowe jedzenie to źródło i początek wszystkich pomysłów!
Poza tym muszę mieć siłę, bo o ile jutro mam pierwszy i ostatni w tym semestrze egzamin teoretyczny, to reszta zaliczeń wymaga fizycznego, że tak powiem, działania.
Bez świeżych warzywek, owoców, orzechów i yerby mate, więc ani rusz!
I tak też dziś, pozostawię po sobie jedynie zdjęcie, z nadzieją, że słowa szpinak, dużo, dużo czosnku, cebula, pieczarki, smażyć, dusić, zawijać, podsmażać, jeść, wystarczą, gdy się zdarzy, że ktoś jakimś cudem nabierze ochotę na naleśniki szpinakowe ;)
Kus kus też bardzo jest wskazany w tym okresie!
Błyskawicznie się go przygotowuje i jest świetnym źródłem między innymi białka, nienasyconych kwasów tłuszczowych i witaminy C, której wchłaniane można zwiększyć zajadając się warzywkami, które raczej tak czy siak będą gościć na wegańskim talerzu. :)
poniedziałek, 2 stycznia 2012
czwartek, 8 grudnia 2011
Żadne rewolucyjne, ale pyszne i najulubieńsze BROWNIE! :))
Uwielbiam gotować dla znajomych! Szczególnie, gdy mogę sobie na to zaplanować czas. A radość, gdy widzę, że moim gościom smakują wegańskie słodkości i inne dania, jest wprost nie do opisania :)
Ogólnie uważam, że gotowanie i częstowanie ludzi wegańskim/wegetariańskim żarełkiem jest chyba najbardziej efektowną formą tak zwanej wege propagandy. Gdy pokażesz ludziom, że nie musisz się specjalnie wysilać i cierpieć będąc wege, to zaczną się nad tym zastanawiać, gdyż nagle wszystkie, tak powszechne, stereotypy o głodującym wegetarianinie się posypią. I o to chodzi :)
Jestem niesamowicie dumna, gdy widzę osobę, do której decyzji o przejściu na wegetarianizm choć trochę się przyczyniłam :)
W każdym razie wracając do tematu postu... wegańskie brownie jest ciastem, które przekona chyba każdego.Jest absolutnym przeciwieństwem tego, jak ludzie sobie wyobrażają wegańskie ciasto (pod warunkiem, że wiedzą już w ogóle na czym weganizm polega:)
I tak też ostatnio przyszło do mnie kilka przyjaciółek i ich znajomi i znowu było wielkie zdziwienie, że "jaaaak to?! bez jajek?! ... nie noo... i bez mleka?! ale jak to?! Ale przecież to takie smaczne, więc jak to możliwe?".
Tak. Uwielbiam ten potok słów i ten moment ;D
No to przepis!
Przygotujcie:
-2,5 tabliczki gorzkiej czekolady (patrzcie na skład! Niestety nie każda gorzka=wegańska)
-szklanka oleju
-ok. szklanki cukru
-3 banany
-0,5 szklanki mleka sojowego waniliowego
-1,5 szklanki mleka
- kilka łyżek dżemu
Czekoladę rozpuszczamy w kąpieli wodnej, czyli jeden garnek z wodą stoi na ogniu, a w nim rondelek z czekoladą i odrobiną oleju.
Rozgniatamy banany i łączymy je z mlekiem i cukrem.
Dodajemy ostudzoną czekoladę i mieszamy do uzyskania jednolitej konsystencji.
Następnie dodajemy mąkę, dobrze mieszamy i na koniec dżem.
Jeżeli ktoś lubi to można oczywiście dorzucić jakieś rodzynki lub/i orzechy.
Ciasto wylewamy do,wysmarowanej i posypanej bułką tartą, formy i pieczemy w 200ºC 35-45 minut.
Do mojego brownie przyrządziłam jeszcze sos budyniowy. Robimy go z normalnego budyniu z paczki, z tym, że dodajemy zamiast 500ml mleka sojowego 700-800ml do 1l , w zależności jak rzadki sos chcemy uzyskać. Pychotka! :)
Ogólnie uważam, że gotowanie i częstowanie ludzi wegańskim/wegetariańskim żarełkiem jest chyba najbardziej efektowną formą tak zwanej wege propagandy. Gdy pokażesz ludziom, że nie musisz się specjalnie wysilać i cierpieć będąc wege, to zaczną się nad tym zastanawiać, gdyż nagle wszystkie, tak powszechne, stereotypy o głodującym wegetarianinie się posypią. I o to chodzi :)
Jestem niesamowicie dumna, gdy widzę osobę, do której decyzji o przejściu na wegetarianizm choć trochę się przyczyniłam :)
W każdym razie wracając do tematu postu... wegańskie brownie jest ciastem, które przekona chyba każdego.Jest absolutnym przeciwieństwem tego, jak ludzie sobie wyobrażają wegańskie ciasto (pod warunkiem, że wiedzą już w ogóle na czym weganizm polega:)
I tak też ostatnio przyszło do mnie kilka przyjaciółek i ich znajomi i znowu było wielkie zdziwienie, że "jaaaak to?! bez jajek?! ... nie noo... i bez mleka?! ale jak to?! Ale przecież to takie smaczne, więc jak to możliwe?".
Tak. Uwielbiam ten potok słów i ten moment ;D
No to przepis!
Przygotujcie:
-2,5 tabliczki gorzkiej czekolady (patrzcie na skład! Niestety nie każda gorzka=wegańska)
-szklanka oleju
-ok. szklanki cukru
-3 banany
-0,5 szklanki mleka sojowego waniliowego
-1,5 szklanki mleka
- kilka łyżek dżemu
Czekoladę rozpuszczamy w kąpieli wodnej, czyli jeden garnek z wodą stoi na ogniu, a w nim rondelek z czekoladą i odrobiną oleju.
Rozgniatamy banany i łączymy je z mlekiem i cukrem.
Dodajemy ostudzoną czekoladę i mieszamy do uzyskania jednolitej konsystencji.
Następnie dodajemy mąkę, dobrze mieszamy i na koniec dżem.
Jeżeli ktoś lubi to można oczywiście dorzucić jakieś rodzynki lub/i orzechy.
Ciasto wylewamy do,wysmarowanej i posypanej bułką tartą, formy i pieczemy w 200ºC 35-45 minut.
Do mojego brownie przyrządziłam jeszcze sos budyniowy. Robimy go z normalnego budyniu z paczki, z tym, że dodajemy zamiast 500ml mleka sojowego 700-800ml do 1l , w zależności jak rzadki sos chcemy uzyskać. Pychotka! :)
| Mój vegan poczęstunek ;) Oprócz brownie była powtórka pieczonych kotlecików sojowych z poprzedniego postu i grzanki tymiankowe :) |
| Nie mogło zabraknąć moich słodkich opłatkowych króliczków :) |
czwartek, 1 grudnia 2011
Różowa kasza i pieczone kotleciki.
Dzisiaj krótko. Bez refleksji, bez marzeń. Za to w przepisie pojawi się jakże marzycielska różowa kasza jęczmienna :)
Zdarza się, że do gotującej się kaszy wrzucam rosół wegetariański w wersji instant (szlachetny prezent od mamy buszującej po eko sklepach). Dzisiaj akurat słoiczek się skończył, ale zaraz obok stał słoiczek czerwonego instant wege barszczyku (również wynalazek mamci;). W każdym razie stwierdziłam, że nie zaszkodzi spróbować i do kaszy wsypałam trzy łyżeczki i tak oto, proszę państwa, wyszła mi ciekawie przyprawiona, różowa kasza jęczmienna.
Polecam jak najbardziej. Dla odmiany albo na obiad w szary dzień ;))
Kolejnym bohaterem dzisiejszego obiadu były pieczone sojowe kotleciki.
Aby je przyrządzić potrzebujemy:
2 szklanki wcześniej przez noc namoczonej i później ugotowanej do miękkości soi
1-2 kromki razowego chleba
olej
sos sojowy
bazylia
curry
pieprz czarny
Soję mielimy, następnie dodajemy cząsteczkami lekko namoczone kromki chleba i jeszcze raz wszystko mielimy. Ostatecznie można się też namęczyć blenderem, też się uda :)
Do masy dodajemy po około 3 łyżki oleju i sosu sojowego. Tak żeby po zamieszaniu masa była gładka, ale jednocześnie zwarta.
Wrzucamy przyprawy według uznania, znowu mieszamy i formujemy kotleciki.
Blachę smarujemy lekko olejem lub wykładamy papierem do pieczenia.
Układamy na niej kotleciki.Możemy je z góry lekko posmarować olejem, będą wtedy nieco bardziej chrupiące.
Pieczemy do około 15minut w 150 stopniach.Aż będą lekko zarumienione.
Do tego różowa kaszka, jakaś surówka i mamy vegan obiadek :)
Zdarza się, że do gotującej się kaszy wrzucam rosół wegetariański w wersji instant (szlachetny prezent od mamy buszującej po eko sklepach). Dzisiaj akurat słoiczek się skończył, ale zaraz obok stał słoiczek czerwonego instant wege barszczyku (również wynalazek mamci;). W każdym razie stwierdziłam, że nie zaszkodzi spróbować i do kaszy wsypałam trzy łyżeczki i tak oto, proszę państwa, wyszła mi ciekawie przyprawiona, różowa kasza jęczmienna.
Polecam jak najbardziej. Dla odmiany albo na obiad w szary dzień ;))
Kolejnym bohaterem dzisiejszego obiadu były pieczone sojowe kotleciki.
Aby je przyrządzić potrzebujemy:
2 szklanki wcześniej przez noc namoczonej i później ugotowanej do miękkości soi
1-2 kromki razowego chleba
olej
sos sojowy
bazylia
curry
pieprz czarny
Soję mielimy, następnie dodajemy cząsteczkami lekko namoczone kromki chleba i jeszcze raz wszystko mielimy. Ostatecznie można się też namęczyć blenderem, też się uda :)
Do masy dodajemy po około 3 łyżki oleju i sosu sojowego. Tak żeby po zamieszaniu masa była gładka, ale jednocześnie zwarta.
Wrzucamy przyprawy według uznania, znowu mieszamy i formujemy kotleciki.
Blachę smarujemy lekko olejem lub wykładamy papierem do pieczenia.
Układamy na niej kotleciki.Możemy je z góry lekko posmarować olejem, będą wtedy nieco bardziej chrupiące.
Pieczemy do około 15minut w 150 stopniach.Aż będą lekko zarumienione.
Do tego różowa kaszka, jakaś surówka i mamy vegan obiadek :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)
