Pokazywanie postów oznaczonych etykietą deser. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą deser. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 19 listopada 2015

Jesienna wiewiórka z krówką

Z czym kojarzy Wam się jesień ? ( Dynia i liście  się nie liczą !;)
Mi z lisami i z wiewiórkami. Z bakaliami - bo polskie owoce prosto z krzaka już dawno wymarły, więc bakalie idealnie je zastępują. I z jabłkami z tego samego powodu co wyżej i dlatego, że najlepsze są przez cały rok.


poniedziałek, 16 lutego 2015

Kanebullar - czyli zjedz ślimaka zamiast pączka! :)

Walentynki, Tłusty Czwartek - jedno i drugie spędziłam bez zbędnych fajerwerków w domku u mamusi, wśród moich kochanych zwierzaków leniuchując i chodząc na długie, długie spacery. Idealna regeneracja, biorąc pod uwagę, że teraz przede mną kolejny wir pod tytułem praca-uczelnia-praca-uczelnia i zupełny brak weekendów i słodkich niedzielnych śniadań. Smuteczek straszliwy! Jaglanka w kubełek i wio na zajęcia! Tyle!

Miałam dziś do wyboru: uczyć się na egzamin, robić swoją codzienną porcję ćwiczeń lub napisać posta. Wygrał post. Jakoś mnie to nawet nie dziwi, hihi ;)

Siłą rzeczy ostatnio cała kulinarna blogosfera zaczęła żyć pączkami. Ja też poprosiłam mamę, by wyczarowała mi na mój przyjazd kilka. Wyszły nadziewane racuchy i szarlotka - też dobrze.


poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Strucla Jabłkowa Viedeńska ;)

Minęło już chyba z pół roku od ostatniego posta. Przymykam na to oczy, podnoszę ręce i przyznaję się bez bicia - czas był, jeść jadłam, piec piekłam - no to ostatnie może nieco mniej, ale nic w pełni nie jest stanie usprawiedliwić mojego tutejszego niebycia. Bardzo chciałabym odnaleźć znowu w sobie chęć i inspirację do tego, by blog ten, który jest niejako moim wegańskim dziecięciem dalej żył i trwał w swoim bajkowym klimacie. :) Będę się starała, mimo tego, że akurat teraz prywatnie czeka mnie wiele zmian, ale może właśnie wyjście z pewnego rodzaju stagnacji sprawi, że blog ten znowu ożyje! :)
Nie zrozumcie mnie źle, dokumentowanie tego co jem, co gotuję, jak gotuję i w ogóle tego, co dzieje się wokół mnie nadal mam we krwi, lecz tak jak wielu wybrałam tę szybszą i zapewne wygodniejszą drogę wizualna, czyli Instagrama. Jest to fajna sprawa, ale często łapią mnie wyrzuty sumienia, że zdjęcia wychodzą gorsze niż powinny lub mogłyby być, szczególnie teraz, gdy znowu jest coraz wcześniej ciemno. Blog to jednak blog, ten urok ustawiania i przystrajania potrawy. Oczywiście nie zawsze aparat jest na miejscu, nie zawsze światło dobre, a czekać na lepsze nie można, bo za plecami domownicy już czekają z talerzami na kawałek ciasta i za chwilę wszystko zniknie;) To jednak do blogowania wkłada się jakoś więcej serca i własnej duszy, teraz szczególnie to odczuwam :) Niemniej Insta to wygodna i przede wszystkim szybka forma rozprzestrzeniania wegańskiego stylu życia. Jeżeli macie ochotę zobaczyć co gotuję i jem i co mnie porusza, to zajrzyjcie czasem na mój profil :  http://instagram.com/v_fairy :)

Dziś natomiast przepis do tego, co pojawiło się również w formie zdjęciowej na insta, czyli Wiener Apfelstrudel, a więc Wiedeńskiej Strucli Jabłkowej, ale w wersji wegańskiej, a że jabłka ostatnio w modzie pod każdym względem, to tym bardziej warto powtórzyć ten przepis !
Zapraszam do ugniatania i wałkowania, bo to esencja prawdziwej wiedeńskiej strucli! :D


Kremu ani bitej śmietany nie miałam, ale jeżeli macie ochotę to możecie takową zamówić tutaj lub zrobić taką samemu z migdałów czy słonecznika :)

Do dzieła!
( z podanych proporcji wyjdą wam dwie strucle)

Potrzebujecie:

na ciasto:
-250 gram mąki
-łyżka wegańskiej margaryny ewentualnie oleju
-łyżka octu jabłkowego
-szczypta soli
-trochę mniej niż pół szklanki letniego mleka roślinnego
-dwie łyżeczki zmielonego siemienia lnianego
-4 łyżki wody

farsz:
-1 do 1,5 kg jabłek ( polskich! :)
-150 gram cukru - możecie mniej lub więcej w zależności od tego jak słodkie lub kwaśne są jabłka
-odważna łyżeczka cynamonu
-solidny haust amaretto
-garść lub mniej rodzynek - o ile lubicie :)
-olej słonecznikowy
-bułka tarta

Przede wszystkim przygotujcie łapki na dość długie ugniatanie. Jest to konieczność przy pieczeniu dobrej, prawdziwej strucli. :)
Zmieszajcie w misce wszystkie składniki na ciasto. Mąkę warto przesiać przez sitko, a siemię lniane mieszamy z czterema łyżkami wody aż do uzyskania konsystencji gęstego kisielu i wrzucamy także do ciasta. I teraz zaczynamy fitness ;) Ciasto należy ugniatać 15-20 minut, aż wyjdzie nam piękna, elastyczna plastelinka. Formujemy kulę, smarujemy ją delikatnie olejem i odstawiamy na bok, aby sobie odpoczęło.

W tym czasie przygotowujemy jabłka. Obieramy je i szatkujemy na cienkie listki. Najlepiej użyć do tego tarki, tego podłużnego pojedynczego otworu, który chyba służy do tarkowania ogórków do mizerii ;)
Potarkowane jabłka posypujemy cukrem i cynamonem i zalewamy alkoholem i dodajemy rodzynki. Możecie również dodać innych bakalii albo na przykład płatków migdałowych.
Odstawiamy jabłka i przechodzimy znowu do ciasta.
Naszą kulkę dzielimy na dwie części.
Jedną z nich kładziemy na czystej ścierce kuchennej, posypanej mąką. Uwierzcie, że przy strucli takie rozwiązanie jest najwygodniejsze!
Przystępujemy do wałkowania. Jest to dosyć żmudna praca, gdyż ciasto musi być naprawdę jak najcieńsze. Wiedeńczycy powiadają, że ciasto do strucli powinno być tak cienkie, by można było przez nie czytać gazetę. Jednocześnie powinno jednak nadal być elastyczne i się nie rwać. Po kilku minutach wałkowania łatwo wyczuć będzie ten moment :)
Rozwałkowane ciasto smarujemy pędzelkiem olejem.
Bułkę tartą podprażamy lekko na suchej patelni i wysypujemy na ciasto, a na to połowę odsączonego farszu jabłkowego.
Zaginamy krótsze brzegi i zwijamy ciasno, zaczynając od dłuższego brzegu  - wiecie o co cho ;)
Przy pomocy ściereczki kuchennej zwinnie przerzucamy struclę na blachę do pieczenia i smarujemy wierzch olejem.
Identycznie postępujemy z drugą kulką ciasta.

Obie strucle wstawiamy do rozgrzanego do 200 stopni piekarnika i pieczemy około 30-40 minut lub aż ciasto się zarumieni.
Po wyciągnięciu posypujemy cukrem pudrem i jeżeli możecie ozdabiacie kapką bitej śmietany lub innego kremu, tak jak w Bękartach Wojny ;)

Dla mnie najbardziej magiczne w strucli jest pierwsze wkłucie widelczyka w chrupką cienką skorupkę ciasta, które wydaje charakterystyczny dźwięk.
Aż ślinka cieknie!

Smacznego! :D



( przepraszam za słabą jakość zdjęć, to efekt takiej szybkiej dokumentacji kulinarnej telefonem :)








wtorek, 18 lutego 2014

rrrrelacja plus sprint szarlotka orzechowa

Za każdym razem, gdy mam chwilę, by usiąść spokojnie i zajrzeć na bloga, przecieram oczy ze zdziwienia jak szybko mija czas. No ale jak już się przekonałam w przeciągu kilku ostatnich miesięcy, to nic na to nie poradzę. Najpierw sesja, później długi, długi wolny czas, który wykorzystałam na wyjazd do domu, rozpoczęcie pracy magisterskiej jeżeli chodzi o część manualną, ale również wzięłam się ostro na za część pisemną. A później hop siup, w najmniej oczekiwanym momencie wpadła szybka, spontaniczna akcja artystyczna i street artowa, która jednak spokojnie pożarła tydzień.
Jestem też w końcowej fazie planowania krótkiego wypadu do Hamburga na początku marca i w połowie marca do Berlina ( i również ponownie Hamburga po drodze) przy okazji składania teczek z pracami przez moją siostrę. Trzymać kciuki! ;) Wegańskie miejsca już mam mniej więcej obczajone, nocleg zarezerwowany. Będzie super, dużo zdjęć i nie mogę się doczekać! :))
Ostatnio żarcie, które gotowaliśmy w przeciągu ostatniego miesiąca były zachłannie relacjonowane przez pana Selera, który namiętnie wrzuca je na Instagrama, a ja poza gotowaniem owych dań i patrzeniem mu przez ramię na okienko telefonu nie mam z tym nic wspólnego ;)
Niemniej muszę mu ukraść kilka foteczek, bo strasznie ubolewam nad brakiem swojego lepsiejszego aparatu. Relacjonowanie potyczek kuchennych za pomocą miernej jakości aparatu w telefonie lub "wypadowego" kompakta, nie ma dla mnie najmniejszego sensu, a raczej w ogóle nie spełnia moich oczekiwań estetycznych, co sprawia, że "zdjęcia nie są warte bloga". No cóż...szkoda.
Także dziś lekki przekrój tego, co trafiało do naszych żołądków w ostatnim miesiącu.
A oprócz tego kupiliśmy w końcu czarną sól - eureka! ;) a co za tym idzie zrobiliśmy super, ekstra pastę bezjajeczną Jadłonomii oraz pastę, która smakuje jak pasta z wędzonej makreli, tak przynajmniej twierdzi opis z Puszki, bo osobiście niewiele pamiętam ze smaku makreli, nawet nie jestem pewna, czy kiedykolwiek wylądowała w moich ustach, ale faktycznie coś rybnego w niej jest. W każdym razie pasta totalnie podbiła moje serce, a obie bardzo urozmaiciły nasze życie miłośników tostów i kanapek :)
Aczkolwiek ostatnio, wraz z wiosną, którą, mówcie co chcecie, ewidentnie czuć już nawet na Warmii i Mazurach, a na polach pod Olsztynem podobno zawitały już nawet żurawie, staram się żyć nieco bardziej fit. Oczywiście o żadnej diecie nie ma mowy. Jestem zdania, że żyjąc wegańsko i tak już robię swojemu organizmowi wielką przysługę.
Staram się jednak zaczynać dzień od dwóch szklanek wody, a następnie owsianki, o ile w najmniej spodziewanym momencie nie odkryjemy jej braku. Żałuję jeszcze, że wszystkie inne od biedrowego czytaj: zdrowsze, mleka roślinne są takie drogie... ostatnio piliśmy naturalne alpro i różnica po długim, długim czasie wypijania tylko mleka biedrowego, była szokująca. "Gdzie ten cukier?!" Ale jednocześnie zbożówka czy owsianka miały o wiele bardziej orzeźwiający smak, nie zalepiający jakby od wewnątrz. Oczywiście nie jest to ani dla mnie, ani dla was pewnie żadna nowość, ale jednak trafiło to do mnie jakby ponownie.
Kurczak... muszę zwieźć do Ol  tę maszynę do mleka roślinnego. :)
Poza tym zaczęłam się w końcu nieco ruszać. Po tym jak przeprowadziłam się do centrum i wszędzie mam max 15 minut drogi, a sprzątaczka kazała nam wynieść rowery na strych i do tej pory nie dostaliśmy do niego klucza ( a tu wiosna nagle się pojawiła!) ruszałam się niewiele. Kiedyś mieszkając około 6km od uczelni bywało, że dojeżdżałam tam codziennie rowerem. 12km dziennie i nie były mi już potrzebne żadne inne czynności fizyczne, a i łakoci się jadło o wiele, wiele więcej, bo kuchnia obszerniejsza :) Teraz jest inaczej, a widmo skinny fat zaczęło mi zaglądać do oczu :D zapisałam się z koleżanką do fitness clubu, ukradłam Selerowi buty i mam zamiar ponadto biegać od czasu do czasu. Na razie od miesiąca bywałam raz w tygodniu na porządnym wycisku i od razu czuję się lepiej, a co fajniejsze mój organizm domaga się jeszcze więcej ruchu. Wczoraj tak mnie rozpierała energia, że wróciłam z uczelni do domu, zmieniłam odzienie i wybiegłam w miasto, co prawda po 15 minutach już miałam ochotę zawrócić do domu, ale dzielnie wytrzymałam jeszcze co najmniej drugie tyle ;)

Okej, co tu dużo gadać miało być żarcie, to będzie żarcie! ;)

pulpeciki z kaszy jaglanej wg Matki weganki ze sosem szpinakowym, zabielonym śmietanką migdałową.
Do tego paszteciki z soczewicą, które postanowiły otworzyć się na świat ;)
MEGA pyszne i MEGA zdrowaśne ;)


Z serii: posiłek dla zmęczonego, wracającego o 23 do domu małżonka :D
Drożdżowe pierożki z nadzieniem z soczewicy, kaszy gryczanej, marchewki
Konkretnie przyprawione, polane sosem, który miał być serowy, ale z miłości do diżońskiej musztardy wyszedł musztardowy :)

Szybki obiad, tzw "resztkowy"
Uduszone warzywa w sosie pomidorowym: marchewka, groszek, seler naciowy, czerwona fasolka, brokuł, a do tego pomidorki szuszone :)
Okraszone wegańskim parmezanem z migdałów i płatków drożdżowych.
Piekelnie przyprawione.
Niby nic, a trzyma dłuuugo, dodaje sił i jest smaczne.



A tu takie, takie walentynkowe, spontaniczne stwory. Niby walentynek nie obchodzimy, ale gdy widzisz pięknie, kiczowate i czerwone wystawy sklepowe w wiejskim szmatolandzie ( ręcznie wycinane, krzywe serca - lowe ;), to aż ci się samo nasuwa, by kupić swojej lubej czekoladki z wiśnią, a lubemu usmażyć kilka różowych naleśniorów. Szczególnie jeżeli kilka tygodni temu nauczyłaś się je robić ;)
Tutaj, jako że spontaniczne, zmieszane z barwnikiem spożywczym - plastikowe jak serca na wystawkach walentynkowych. Jeżeli kogoś zauroczą, to rekomenduję jednak użycia jako barwnika kilku kropel soku z buraka. Będzie równie piękne i dodatkowo o niebo bardziej naturalne .
Na środeczku wspomniana pralinka wiśniowa już po roztopieniu. :)

A teraz na serio...
jakiś przepis, chociaż najprostszy by się przydał, co?

Nie wiem jak wy, ale ja, choć czuję wiosnę, to jednak nie ufam do końca tym pierwszym promieniom słońca. Co za tą nieufnością idzie? na pewno w chwili uniesienia nie kupię plastikowych truskawek, które powoli pojawiają się w sklepach. Mam teorię co do tego. Jak to supermarkety chcą wykorzystać pierwsze wiosenne uniesienia ludzi, ach.... no i zapotrzebowanie na czerwone owoce do walentynkowych deserów, notak....
W każdym razie pozostaję wierna jabłkom. Cytrusami już rzygam
Tym razem szarlotka na najlepszym biszkoptowym spodzie ever, który nietrudno znaleźć na moim blogu, bo pozostanę mu dozgonnie wierna, ale dodatkowo, oprócz jabłek kryją się pod kruszonką, orzechy laskowe. mmm... :)
Całkiem zimowe smaki jeszcze, co?

W każdym razie....
przepis na biszkopt jest tu na przykład.
Oprócz tego obieramy około 0,5kg jabłek, kroimy je na malutkie kawałeczki i dusimy z cukrem, imbirem, cynamonem i odrobinką chilli.
Jak zrobi nam się ładny dżemor, chwilę studzimy i wrzucamy na ciasto, które już powinno czekać wylane w formie. Wysypujemy na to połamane orzechy włoskie ( około 100g) i na to kruszonkę, którą przygotowujemy z oleju i mąki w proporcjach 1:1.
Jeszcze lepsza kruszonka wyjdzie wam oczywiście jeżeli zamiast oleju użyjecie vegan margaryny.
Ja akurat mam deficyt Alsana :(


Nie jest to być moze super wyrafinowany deser, ale cenię sobie to, że mogę zrobić szybkie, domowe ciasto, wrzucić tam, to co chcę. Zasłodzić się totalnie albo wręcz przeciwnie - z cukru zupełnie zrezygnować, dodać masę orzechów, bakalii, owoców - co dusza zapragnie.
Wszystko to wolę od zacukrzonych batoników, chipsów i innych typowo sklepowych gówien, nawet jeżeli są wegańskie.


Okej...
a następnym razem będziemy gościć tę oto księżniczkę:






piątek, 10 stycznia 2014

Trochę łakoci

Dziś będzie taka relacja z wypieków świątecznych, choć były to ciasta, które z powodzeniem możemy upiec w każda porę roku i na każde wymyślone nawet święto :) Oczywiście królową ciast był tort. Tym razem wymyśliłam sobie wegańską wersję najsłynniejszego niemieckiego tortu, czyli  Schwarzwälder Kirschtorte, szerzej znanego u nas jako Czarny Las. Jest to też zarazem jedno z moich ulubionych ciast, które pamiętam jeszcze z czasów dziecięcych. Poza tortem na świątecznym stole znalazły się jeszcze sernik z tofu z brzoskwiniami, makowiec na kruchym spodzie, a do świątecznego śniadania chałka z nadzieniem serowym z żurawinami.

 W zasadzie post będzie miał po części jedynie formę relacji, gdyż większość przepisów albo już była albo zaczerpniętych jest z innych stron. Pojawią się zatem linki, ale też wskazówki i jakiś przepis też się znajdzie ;) A zdjęcia tutaj się pojawiające niech staną się motywacją i dowodem na to, że piec wegańsko każdy może :)



start!


Serniczek powstał z tego oto przepisu - Tofurnik z brzoskwiniami. Robiłam go już wcześniej kilka razy i przepis jest naprawdę świetny, gdyż sernik wychodzi absolutnie zawsze :)

Makowiec wzięłam ze starej, dobrej puszki.pl - Makowiec na kruchym cieście. Robiłam pierwszy raz i następnym razem dodałabym nieco syropu z agawy lub po prostu cukru do spodu. Dodatkowo zrobiłam też kruszonkę, wydaje mi się, że to dodaje smaku makowcowi. I uwaga! spód wychodzi naprawdę bardzo, bardzo kruchy :)


Chałka! przedstawiałam ją wam kilka postów wcześniej. Naprawdę super się nadaje na leniwe śniadanie. Warto więc dzień wcześniej ją przygotować i ze smakiem zjeść  w towarzystwie kubka zbożówki lub gorącego mleka roślinengo. Przepis znajdziecie tutaj: Chałka . To naprawdę banalnie proste ciacho, a z nadzieniem można dowolnie kombinować. Ja do opisanego w poście nadzienia z tofu dodałam suszone żurawiny.



I oczywiście tort!

Tutaj proporcje też wiecznie te same. Zatem link: Tort ALE! Jeżeli o chodzi o tort "schwarzwaldzki", to nie na tym przepisie historia się kończy.
Przede wszystkim biszkopt przygotowujemy z 1,5 porcji podanych składników + dodajemy kakao lub roztopioną tabliczkę dobrej, gorzkiej czekolady. W Czarnym Lesie chodzi o to, by biszkopty miały mocny, kakaowym posmak. Tort tniemy też na 3 placki, a nie na 4 jak w przepisie wyżej.

I uwaga! Ja musiałam zrobić grubszy biszkopt ( stąd 1,5 porcji), gdyż nie miałam pod ręką dobrego, ostrego noża. Idealnie byłoby mieć bardzo ostry, gładki nóż lub specjalny przyrząd do dzielenia biszkoptów i upiec biszkopt z jednej porcji i wtedy podzielić go na 3 cieniutkie placki.

Masę robimy tak jak w przepisie. Zazwyczaj jednak dodaję na wszelki wypadek jeszcze troszeńkę więcej mąki ziemniaczanej. I tutaj dałam aromat śmietankowy.

I teraz najważniejsze w Torcie Schwarzwaldzkim.
Zamiast owoców, dżemu i rumu, przygotowujemy kompot z mrożonych wiśni.
Będzie to tworzyło tzw. warstwę wiśniową.
Ja zrobiłam tak:
kupiłam dwie paczki mrożonych wiśni, które wrzuciłam do garnka i gotowałam na małym ogniu, aż się zupełnie rozpuściły i wytworzyły do tego sok.
Z tego odlewamy około 200ml, wraz z wiśniami - chyba że chcemy sobie zostawić kilka do dekoracji. Wszystko  mieszamy z 2 łyżkami cukru i 2 łyżkami mąki ziemniaczanej
Zrobi nam się kisiel - masa wiśniową, którą, PO OSTYGNIĘCIU, zamiast dżemu i owoców będziemy przekładać placki.

Resztę kompotu mieszamy z dowolną ilością wiśniówki, ja dałam tak około 50ml.
Tą mieszanką będziemy nasączać blaty tortu. Nie należy sobie żałować! Blaty mają być naprawdę dobrze nasączone.
 na każdy placek ( oprócz wierzchniego) nakładamy masę wiśniową i na to po chwili masę śmietanową.

I teraz robimy tak: 
na każdy placek ( oprócz wierzchniego) nakładamy masę wiśniową i na to po chwili masę śmietanową.
Wierzch ubieramy w pozostałą masę śmietanową, ozdabiamy wierzch i boki starkowaną czekoladą i czym tam jeszcze chcemy. :)

muzyka, taniec, pieczenie <3

Ważne! Wszystkie uprzednio gorące składniki tortu bardzo dobrze chłodzimy. Przy obecnych warunkach najprościej robić to na zewnątrz.

wisienki :)

Już nasączone blaty, po lewej nawet z nałożoną masą wiśniową oraz masa śmietanowa.

Jeden placek już gotowy do przykrycia.



Gotowe! 
I pamiętajcie! Tort najlepszy jest po kilka dniach leżakowania w lodówce.


A teraz jeszcze mały, poświąteczny bonus. Dziecinnie prosty, w sam raz, gdy mamy ochotę na coś słodkiego do nauki. Bo przypominam, że sesja już nadchodzi wielkimi krokami, sasasasa ;)

MUFFINY TOTALNIE ORZECHOWE 
( i totalnie proste)


Potrzebujecie:
- 2 szklanek mąki
- 0,5 szklanki mąki migdałowej 
- 3/4 szklanki cukru
- 1 łyżka proszku do pieczenia
- 1/4 szklanki oleju
- 1 szklanka mleka sojowego lub wody

- kilka łyżeczek masła orzechowego
- kilka orzechów włoskich pokruszonych i kilka w połówkach


Z pierwszych sześciu składników mieszamy ciasto, ale nie za długo, dosłownie tyle, by się połączyły składniki. Ciasto ma być gęste, o wiele gęstsze niż do zwykłego biszkoptu.
Następnie wrzucamy pokruszone orzechy i jeszcze raz lekko mieszamy.
Foremki napełniamy około do połowy, po czym nakładamy około pół łyżeczki masła orzechowego, a na koniec przykrywamy kolejną warstwą ciasta i ozdabiamy połówkami orzechów włoskich.
Pieczemy w około 180 stopniach aż się ładnie zarumienią, czyli w zależności od piekarnika, będzie to około 30 minut.

Babeczek wychodzi sporo, spokojnie starczy na dwa dni intensywnej nauki dla dwóch osób :) i poza tym wychodzą naprawdę super pulchne.




mufinior w akcji :)




A poza tym: 

dzisiejsze drugie śniadanko. Może się wydawać, że to nic wielkiego, ale od przedwczoraj zaczęły mi dziwnym trafem nagle wychodzić naleśniki. Jestem pod takim wrażeniem, że muszę wciąż na nowo się o tym przekonywać :D


i świąteczne kocikocikoci




*







poniedziałek, 16 grudnia 2013

Świąteczne zapachy - chałka na zimę z nadzieniem różnym :)

Przedświąteczny czas jest dla mnie czasem, gdy zmysł węchu jest najistotniejszym ze wszystkich. Jeszcze wrażliwość i poczucie ciepła i bezpieczeństwa pracuje wtedy u mnie na pełnych obrotach. Szczególnie, gdy dodatkowo trzyma mnie mocno i nie chce puścić, zapewne ze szczerej miłości, skradające się od dwóch tygodni przeziębienie, które co chwila przeganiam kilkudniową kuracją domowymi sposobami i echinaceą, ale gdy tylko odpuszczę, bo już wydaje mi się, że mogłabym zdobywać świat wraca nad ranem pod początkową postacią uporczywego bólu ucha, gardła i mega osłabienia. Przyznam, że szczególnie odbija się to na moim pisaniu magisterki ;) Nawet teraz mam włączonego worda, ale poza tym... jakoś do gotowania kolacji bardziej pasuje pisanie bloga, prawda? :D
W każdym razie skoro zima to zapachy są ciepłe. Pachnie mandarynkami, imbirem, goździkami. Strasznie, strasznie, powtórzę to po raz setny tęsknię za swoją starą kuchnią, która była absolutnie moja, gdzie powstawało wiele rozgrzewających zapachów.
Pachnie też drożdżami. Nie wiem jak wy, ale dla mnie zima to ciasta drożdżowe. Aromatyczne, sycące, idealne do zbożowej kawy, doprawionej tymi "zimowymi" przyprawami.
Ty sposobem początek grudnia objawił się u mnie szaleństwem pieczenia chałek.
Żałuję tylko, że pan Seler nie jest ich wielkim fanem, inaczej piekłabym je co najmniej kilka razy w tygodniu :)
Zatem adekwatnie do tych rozmyśleń dzisiaj przepis na chałkę.
Zdjęcia powstały akurat przy okazji robienia chałki o nadzieniu czekoladowym, bo jak zima to również dobra gorzka czekolada! :) Ale powstała także taka imitująca nadzienie serowe - na bazie tofu oczywiście.

CHAŁKA ( z dowolnym nadzieniem)

Zasady są bardziej niż dziecinnie proste.
Jeżeli macie swój sprawdzony przepis na ciasto drożdżowe to go zastosujcie tutaj.
Jeżeli nie, to postaram się określić mniej więcej moje proporcje "na oko".

- Około 0,5kg mąki
-pół kostki drożdży
-kilka łyżek cukru ( to zależy jak słodko lubicie i jak bardzo słodkie będzie nadzienie)
- opcjonalnie: aromat waniliowy lub inny pasujący, cukier wanilinowy, prawdziwa wanilia itp.
-mleko sojowe około 1-1,5 szklanki

Podgrzewamy pół szklanki mleka sojowego lub innego roślinnego. Ja użyłam biedrowego waniliowego. Niech będzie nieco bardziej ciepłe niż letnie. Wrzucamy do niego pokruszone pół kostki drożdży i bełtamy widelcem aż się rozpuszczą, po czym wlewamy do mąki. Dodajemy jeszcze troszkę zimnego mleka i ugniatamy ciasto. Gdy będzie zbyt lepkie, dodajemy mąkę, gdy zbyt suche jeszcze nieco mleka. Ale od razu mówię, że bardziej prawdopodobna jest pierwsza opcja :D
Ostateczna konsystencja powinna być sprężysta, a ciasto nie powinno się lepić do rąk.
Kaloryfery grzeją? Tak? Więc przykrywamy ciasto szczelnie ściereczką i odstawiamy na kaloryfer do wyrośnięcia i bierzemy się za FARSZ.

W przypadku farszu czekoladowego prościej być nie może.
W kąpieli wodnej zwyczajnie stopiłam z kilkoma łyżkami mleka roślinnego kostkę dobrej gorzkiej czekolady. Jednak jeżeli macie ochotę możecie do niej jeszcze coś wrzucić... np. płatki migdałów? :)

Jeżeli chodzi o "twarożkowy" farsz, to potrzebujemy:

- kostki naturalnego tofu
-soku z połowy cytryny
-cukru
-cukru waniliowego
-aromatu waniliowego

Najpierw blenderem robimy z tofu gładką masę.Potem już jedynie dodajemy resztę składników. Dla mnie było okej, ale dużo zależy od tofu. Ja akurat miałam jeszcze kostkę z niemieckiego supermarketu, jest ono dosyć grubo mielone. W przypadku tego z Polsoi możliwe, że nie będziecie potrzebowali aż tyle soku z cytryny ( aby nie wyszło zbyt rzadkie). W zależności też od tego czy przeszkadza wam bardzo smak tofu, eksperymentujcie z aromaten i cukrem. Oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie, by cukier zastąpić jakimś odpowiednikiem, na przykład słodem, ale wtedy też pilnujcie uważnie konsystencji. Ma być twarogowa, nie za rzadka, bo będzie strasznie wypływała z ciasta. Możecie też po prostu dać mniej cukru, a wmieszać w masę garść rodzynek czy innych bakalii.
Naprawdę opcji jest nieskończenie wiele :)

Można też zrobić chałkę po prostu z dżemem czy powidłami. Tej wersji jeszcze nie robiłam, ale jest tak bajecznie prosta, że nic nie stoi na przeszkodzie.

Gotowy farsz odkładamy na bok.
Jedynie w przypadku czekolady nie może to trwać zbyt długo. Najlepiej rozpuścić ją tuż przed nałożeniem na ciasto.
No właśnie! Gdy ciasto wyrośnie dzielimy je na trzy równe cześci, z których formujemy trzy paski. Czyli najpierw zwijamy dżdżownicę, a potem wałeczkiem lecimy na płasko :)
Paski układamy obok siebie, sklejamy górne końcówki i smarujemy dowolnym nadzieniem.
A teraz już po prostu bawimy się we fryzjera i pleciemy piękny warkocz.
Na pewno farsz będzie wypływał, obiecuję ;)
Także miejcie od razu pod ręką wąską, podłużną blaszkę, do której ze stolnicy hop siup jednym ruchem wrzucicie tego zawijańca.
I teraz już tylko do piekarnika. Na moim gazowym piekarniku-staruszku, którego się wciąż się uczę, jest to średni ogień... i po prostu sprawdzam patyczkiem czy się upiekł.
Jeżeli macie piekarnik elektryczny z termoobiegiem, to powinno być złociutkie z wierzchu.

No dobrze!

A teraz nieco wizualnego! :)





***

filmy, gorąca zbożówka i ciepłe światło ♥

proste i szybkie obiady.
Sezonowe warzywa + soja + vegan parmezan :)

Sople! 
niestety zostały brutalnie zniszczone przez anonimowego sąsiada z góry :(

konkretne śniadanka, dające dużo energii to podstawa zimą, pamiętajcie
o tym i nie wychodźcie bez śniadania z domu! :)

kot magistrem szybciej będzie niż ja :)


pierwsze piernikowe próby już dawno za nami.
bajecznie prosty, szybki i pyszny :)


a tak poza tym to dzianiny i koty zimą... ♥
 


I Touche Amore z okazji wspaniałego listopadowego koncertu




niedziela, 6 października 2013

Angry Pumpkin Pie ;)

Patrzcie! Jesień i ile czasu na siedzienie przed  monitorem nagle się zrobiło. O ile słońca nie przepuszczam i cieszę się z tego, że Olsztyn znów odżył i znowu jest gdzie wyjść ( wernisaże, małe festiwale filmowe, koncerty, ludzi itp.) to w taką niedzielną pogodę odpuszczam wszystko, wyłączam budzik, wstaję kiedy chcę, jem leniwe śniadanie, piekę, gotuję, piszę na blogu i wcale nie muszę z tego powodu mieć wyrzutów sumienia.
Chętnie pokazałabym wam już co się działo w Berlinie. Wiem, że jest już milion relacji blogerskich i kulinarnych z tego miasta, ale tak samo jak reszta strasznie się jaram i chcę się podzielić wszystkim co widzieliśmy, a raczej jedliśmy :) Czekam jednak jeszcze na to aż w końcu będę pamiętała o zaniesieniu do laba filmów do wywołania i zeskanowania.

Tymczasem S. kupił mi dynię, bo podczas przerwy obiadowej w pracy, czytając ten oto wpis stwierdziłam, że praktycznie nie jadłam jeszcze dyni tej jesieni i postanowiłam ugotować pyszną zupę.
Spotkałam się jednak z sprzeciwem i stwierdzeniem, że ciasto będzie lepsze.
Cóż, w każdym razie głęboko wierzę w to, że nie powinno się piec, gdy się jest zdenerwowanym, bo albo nic się nie udaje albo już z pewnością ciasto nie wyrośnie.
No i nie wyrosło!
Choć może i w ciszy i spokoju by nie wyrosło... ale ja tam wiem swoje i już! ;)
Na szczęście wyszło smaczne. Choć usłyszałam, że "nienienie, dynia na słodko to jednak nie to..."
I niech ktoś jeszcze raz powie, że kobiety są marudne :D


Na ciasto potrzebujecie:

-około ćwierć nieco większej dyni
-200ml oleju
-1 opakowanie cukru waniliowego
-1 1/2 szklanki mąki
-1 łyżka proszku do pieczenia ( może być nieco więcej, może wtedy bardziej wyrośnie ;)

Z dyni robimy mus. Czyli: usuwamy z dyni pestki i kroimy ją na mniejsze kawałki, układamy w formie, do której nalewamy na około 1cm wysokości i pieczemy przez około 40 minut w temperaturze 180 stopni. Gdy będzie już miękka, ostudzamy lekko i usuwamy z niej skórkę, po czym blendujemy kawałki na gładką masę, czyli nasz mus.

Olej podgrzewamy i wsypujemy cukier, czekamy aż się roztopi. Teraz opcjonalnie możemy dodać np. skórkę z pomarańczy, cynamon, kardamon, co dusza zapragnie i żyje według was w zgodzie ze smakiem dyni ;)
Następnie do olejno-cukrowo-cośtam masy dodajemy mus z dyni.
Ale! pół szklanki z tego musu odkładamy na później, na polewę.
Jeszcze raz lekko podgrzewamy i odstawiamy do ostygnięcia.
Gdy ostygnie dodajemy mąkę.
I... to wszystko!
Wrzucamy do piekarnika.
Piekarnik ustawiamy na około 180 stopni i pieczemy około 45 minut. Ale jak zwykle wszystko zależy od piekarnika, więc lepiej sprawdzać co jakiś czas patyczkiem i ogólnie nie zostawiać ciasta w samotności :)
Ja obecnie piekę w starym piekarniku gazowym, gdzie nawet nie bardzo gdziekolwiek jest termometr, a więc wariuję totalnie, bo wcześniej miałam to szczęście mieszkać w mieszkaniu z elektrycznym piekarnikiem.
No ale uczę się i już nawet przestałam przypalać co się da. :)

aaa no polewa! robienie polewy do tego ciasta przy udziale musu dyniowego, który sobie odłożyliśmy polega na tym, że wspomniany mus mieszamy np. z cukrem pudrem, roztopioną czekoladą lub dżemem i polewamy nią ciasto, oczywiście wcześniej ostudzone!

tak
lub
tak - dziś do śniadania, dla przełamania słodkiego smaku 
ciasto polałam naturalnym jogurtem
sojowym, którego kilka opakowań przyjechało z nami z Niemiec. :)
Odwieczne pytanie: dlaczego u nas nie ma tak łatwo dostępnych i tanich produktów, chociażby słynnej firmy produkującej takie przysmaki ? 


Ostatnio przypomniałam sobie też o tym, że u rodziców w domu leży nasza maszyna do robienia mleka roślinnego. Jakoś została zapomniana, a to dlatego, że jakoś nam się to mleko nie udawało.
Może ktoś z was ma jakiś sprawdzony przepis? 
Ja gdy robiłam w maszynie mleko, sugerowałam się proporcjami podanymi w instrukcji i okej, mleko jako mleko do wypicia w kubku było całkiem spoko, ale do wypieków nie mówiąc już o kawie i majonezie zupełnie się nie nadawało.
Ktoś coś wie na ten temat? :)



środa, 31 lipca 2013

Letnie desery , słowa i obrazy

Lato przemyka między palcami nieubłaganie, chwilami już wyczuwam w powietrzu jesień i choć szkoda mi upałów i żarzącego słońca to ten jesienny powiew wiatru pojawiający się co jakiś czas budzi we mnie dreszczyk szczęśliwego niepokoju. Wrześniową jesień uwielbiam, tę słoneczną, ze sztormem, spadającymi kilogramami liści i wzburzonym jeziorem o kolorze błękitu pruskiego.
Tymczasem gdy akurat nie pracuję i nie wracam wieczorem do domu, to gotuję i piekę, troszkę tęsknię za czasami, gdy w każdej chwili miałam czas, by upiec co najmniej drożdżówkę z jabłkami. Dorosłość, proszę państwa :D Ale ogarniam się, ogarniam powoli. I dobrze. Przez ostatnie kilka miesięcy ogarniania się, a szczególnie ostatni miesiąc miałam przy sobie cudownego pana Selera, który zawsze dbał o dobrobyt mojego brzusia, gdy ja nie miałam akurat czasu ♥.  Te czasy póki co się kończą, bo pan Seler opuszcza moje mieszkanie. Choć między nami szepnę, że mam nadzieję, że nie końca, gdyż przeprowadza się jedynie ulicę dalej ;)
Jestem też już od miesiąca w nowym mieszkaniu, pokój oceniam na już urządzony i przyzwyczajam się do mieszkania na stancji, dzielenia łazienki z trójką innych ludzi. Przez większość studiów miałam to wielkie szczęście mieszkać jedynie z siostrą i miałyśmy calutkie mieszkanie tylko dla siebie. Ale nie narzekam! jest super, w samym sercu Olsztyna, gołębiami na balkonie i zapleczem kuchennym restauracji w podwórzu - istne china town! :)
Odwiedziłam też w lipcu Lubiąż, a dokładniej Slot Art Festival, zakochałam się i chcę wracać tam co roku. Tylu wspaniałych ludzi, cudowna atmosfera, muzyka, miejsce i milion rzeczy, których jeszcze nie znam, ale chciałabym poznać.


Ostatnio, a w sumie to już jakieś 3 tygodnie temu byliśmy z panem Selerem w moich rodzinnych stronach. Z tej okazji kupiliśmy, a raczej pan Seler kupił super ekstra wino z francuskich wzgórz oraz upiekliśmy, a tak naprawdę to ja upiekłam ;) ciasto z musem truskawkowym. Były to wtedy chyba już ostatki truskawek. CZEMU TAK KRÓTKO?! pytam się co roku.

A ciasto wyglądało tak:






A robi się je tak:

Składniki:

BISZKOPT
-2 szklanki mąki
-1 szklankę cukru
-1 łyżkę proszku do pieczenia
-1/2 szklanki oleju
-1 szklanka sojmleka



BUDYŃ:
-2 opakowania budyniu waniliowego
-3 szkl. mleka
-2 łyżki cukru

MUS TRUSKAWKOWY:
-ok. 700 g truskawek
-5 łyżek cukru,
-1/2 łyżeczki agaru

Zaczynamy od biszkoptu. Miksujemy ze sobą wszystkie składniki, nastawiamy piekarnik na około 200 stopni i pieczemy aż ładnie zbrązowieje ( około 0,5h). Następnie przyrządzamy budyń. Od podanej ilości mleka odlewamy 1/2 szklanki i w tej szklance mieszamy proszek budyniowy. Resztę mleka gotujemy, gdy już prawie będzie wrzało wlewamy rozpuszczony budyń i gotujemy aż mocno zgęstnieje. 
Teraz zarówno biszkopt jaki i budyń studzimy. Gdy i jedno i drugie ( z naciskiem na biszkopt!) będzie chłodne ścinamy na równo górę biszkoptu jeżeli jest taka potrzeba, a zazwyczaj jest i rozsmarowujemy budyń. Odstawiamy na bok. Teraz najważniejsze - mus. Truskawki oczywiście najpierw czyścimy, następnie miksujemy blenderem na gładką masę i wrzucamy do garnka. Podgrzewamy zmiksowane truskawki w międzyczasie dodając cukier, gdy ten się rozpuści, dodajemy agar i gotujemy jeszcze kilka minut aż ten się rozpuści. Ciekłym jeszcze musem zalewamy górę ciasta, gdzie jest już budyń i odstawiamy w chłodne miejsce do całkowitego ostygnięcia musu.

Gotowe! :)
Było trochę nerwów, gdyż wcześniej nigdy za bardzo nie bawiłam się agarem. Koniec końców na szczęście był pyszny.
A mus sam w sobie jest cudowny, można go jeść prosto z pucharka, dodać taką warstwę do tortu, w dalszych wariacjach wyjść z tego może pyszna truskawkowa lub inna owocowa panna cotta - to mój kolejny plan, ach! opcji jest mnóstwo i można śmiało eksperymentować.

A teraz historia pewnego ciepłego wieczoru...

TARTA WANILIOWO - BRZOSKWINIOWA

Składniki:

SPÓD:
-2 szklanki mąki
-1/3 szklanki oleju
-kilka łyżek wody
-opcjonalnie rozkruszone migdały

MASA:
-2 szklanki mleka roślinnego
-3-4 łyżki cukru
-około 0,5 szklanki kaszy manny
-kilka kropel aromatu waniliowego
-4 łyżeczki mąki ziemniaczanej

+ puszka brzoskwiń lub kilka świeżych

Przygotowujemy ciasto do tarty po czym odstawiamy je na około pół godziny do lodówki. W tym czasie zabieramy się za masę.
1,5 szklanki mleka wlewamy do garnka, dodajemy cukier i aromat. Do reszty mleka (0,5 szklanki) dodajemy mąkę ziemniaczaną i dokładnie mieszamy, najlepiej widelcem, aby dobrze pozbyć się grudek. Mleko w garnku podgrzewamy aż rozpuści się cukier, nie czekamy aż się zagotuje - gdy zobaczymy, że zacznie parować możemy dodać mleko wymieszane z mąką ziemniaczaną i po chwili także kaszę manną, ale stopniowo! by uniknąć grudek. Całość jeszcze chwilę podgrzewamy na małym ogniu, cały czas mieszając, gdy zacznie gęstnieć i przyjmie ostatecznie konsystencję gęstego budyniu, zdejmujemy z ognia i ostawiamy do ostygnięcia.
Ciasto na spód tarty w tym czasie wykładamy do formy i pieczemy w temperaturze 180 stopni około 30 minut i także zostawiamy do ostygnięcia.
Następnie wykładamy zimną masę na zimny spód, układamy ślicznie brzoskwinie i zajadamy w miłym towarzystwie.




A tu kila obrazów lipcowych...

ukochane Cafe Cynamon na Slocie

Bańki, bańki!




Jeden z lipcowych obiadów - zielone risotto z groszkiem, marchewką i szpinakiem, kapucha oraz kotleciki z kaszy jaglanej.


Nieodłącznym elementem nowego mieszkania jest kot, królowa śpiąca pod baldachimem i będąca w centrum wszystkich spotkań towarzyskich, rozmów między mieszkańcami i życia codziennego każdego z nas. Proszę państwa oto Tutka. Rozpieszczona złośnica, ale czasami aż trzeba ją przytulić.
Choć najczęściej wtedy akurat nie chce.




Nowe widoki....







i ♥