Pokazywanie postów oznaczonych etykietą słodkości. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą słodkości. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 21 grudnia 2015

Uwaga cukier! czyli wegańskie pianki marshmallows

Mogłabym się tu starać i wydziwiać, by nie popadać w pewien świąteczny mainstream i przekazać Wam przepis na wiosenne galaretki z owoców leśnych... ale niestety chyba nie jestem aż na tyle oryginalna. Uwielbiam to świąteczne oczekiwanie. Tak zwany adwent jest jedną z moich ulubionych chwil w roku i choć zaklinam jesień na wszystkie sposoby, to  wraz z 1.12 budzi się we mnie pewien spokój, ukojenie i ciepło. Objawia się to szalonym przystrajaniem mieszkania lampkami choinkowymi, przedwczesnym ubieraniem choinki (bo w tym roku jest to nasza pierwsza wspólna choinka!!), kupowaniem miliona ozdóbek choinkowych, nałogowym przeglądaniem pinteresta i ... tęsknotą za czasami, kiedy można było się poświęcać wyłącznie tym czynnościom.
Teraz jest inaczej. Dorosłość wzywa, ale pozwalam sobie być dzieckiem w weekendy lub teraz, gdy mam urlop. Przytulam się, chcę być całowana i przytulana. Zamiast obiadu jadłabym tylko słodycze. Ozdabiam pierniczki zamiast się uczyć. Oj tak, zupełnie nie mam ochoty na naukę. Jak naiwne dziecko kładę notatki pod poduszkę - w ten sposób na pewno trafią do pustej główki mej. Najlepiej mi w domu, pod różowym kocykiem, oglądając śmieszne seriale. Szybko i skutecznie odganiam od siebie myśli o jakichkolwiek obowiązkach.
 Jest mi pastelowo i ciepło na duszy.
   Od dziecka odróżnia mnie jedynie, to, że popijam napoje kofeinowe. Aby jednak nie było zbyt poważnie... z dodatkiem przesłodkich marshmallows. Wyglądają jak kluski śląski, ale kogo to obchodzi skoro są słodkie ;)
hellolucky.com

sobota, 21 marca 2015

Trójkąty orzechowe

Jestem właśnie w drodze do Trójmiasta. Odpocząć, odetchnąć morskim powietrzem. Lubię polskie morze i w zasadzie zawsze cieszy mnie wyjazd w to miejsce, nawet gdy tak jak teraz zaczyna kropić deszcz. Ostatnio dużo wyjazdów. Ostatni weekend spędziłam w Krakowie z przyjaciółkami. Na zwiedzanie wegańskich knajp co prawda zabrakło już czasu ( Momo, na pewno jeszcze kiedyś będzie nam dane się spotkać!), ale celem tej podróży i tak była wystawa zbiorowa pod tytułem Polowanie, towarzysząca całemu projektowi o tym samym tytule. Pojawiły się tam prace dwóch dziewczyn z Grupy Artystycznej Fałdy, której członkinią również jestem. Jeżeli macie okazję to koniecznie musicie zwiedzić tę wystawę, będzie trwała jeszcze przez około miesiąc. Warto!
W ten weekend natomiast zamierzamy sobie odbić i głównie jeść i się lenić. Na pierwszy ogień idzie nowe Feed My Soul, zobaczymy jak będzie :)





poniedziałek, 16 lutego 2015

Kanebullar - czyli zjedz ślimaka zamiast pączka! :)

Walentynki, Tłusty Czwartek - jedno i drugie spędziłam bez zbędnych fajerwerków w domku u mamusi, wśród moich kochanych zwierzaków leniuchując i chodząc na długie, długie spacery. Idealna regeneracja, biorąc pod uwagę, że teraz przede mną kolejny wir pod tytułem praca-uczelnia-praca-uczelnia i zupełny brak weekendów i słodkich niedzielnych śniadań. Smuteczek straszliwy! Jaglanka w kubełek i wio na zajęcia! Tyle!

Miałam dziś do wyboru: uczyć się na egzamin, robić swoją codzienną porcję ćwiczeń lub napisać posta. Wygrał post. Jakoś mnie to nawet nie dziwi, hihi ;)

Siłą rzeczy ostatnio cała kulinarna blogosfera zaczęła żyć pączkami. Ja też poprosiłam mamę, by wyczarowała mi na mój przyjazd kilka. Wyszły nadziewane racuchy i szarlotka - też dobrze.


sobota, 13 grudnia 2014

Pomarańczowa grudniowa tarta

Święta coraz bliżej. Staram się jak mogę, mimo braku śniegu, poczuć ten klimacik. Także w obroty poszły przyprawy korzenne, grzańce, cynamonowe kawy, herbatki o smaku pieczonego jabłka, a od wczoraj chodzimy na spacery na nasz nędzny dość jarmark świąteczny, gdzie śmierdzi kiełbą, ale jest grzaniec i ładne światełka. Stancjową kuchnię też ozdobiłam chińskimi ozdóbkami, w piekarniku rośnie pierwszy piernik, a na mym talerzu mega mega dużo cytrusów, codziennie - aż mnie podniebienie piecze :D
I pierwszy raz w ten świąteczny czas marzy mi się własny kąt, pełny świecidełek, mikołajowych skarpet nad kominkiem, gdzie moglibyśmy z panem Selerem przy długim, dużym drewnianym stole gościć wszystkich naszych bliskich... Może się starzeję, ale skoro pan Seler tego po trzydziestce nie robi, to ktoś musi ;))
Jakiś czas temu, gdy moje kubki smakowe dopiero zaczęły przełączać się na tryb świąteczny, a szczególnie cytrusowy ( zdaje się, że ostatnio pisałam, że nie jestem fanką cytrusów, no więc zawsze tak było, nie wiem co się w tym roku ze mną dzieje - wszystko co cytrusowe mogłabym pochłaniać w tonach o_O) upiekłam tartę pomarańczową. Z pozoru trochę nudna jeżeli chodzi o wygląd jeszcze przed ozdobieniem plastrami pomarańczy, w smaku jednak przypadnie każdemu fanowi i każdej fance cytrusów i pomarańczy i zimowych smaków. Kojarzycie może takie cukierki dwukolorowe, zakręcone? śmietankowo-pomarańczowe chyba były... teraz tak mi się skojarzyło, że być może smak tej tarty jest nieco podobny, choć z pewnością pomarańcza jest tu zupełnie prawdziwa i ... jakaś taka bardziej zimowa :)

Składniki:

na spód średniej wielkości tarty:

-1,5 szklanki mąki
-kilka łyżek margaryny wegańskiej/ oleju
-kilka łyżek wody
-łyżeczka cukru
-kilka zmielonych dowolnych orzechów
-szczypta cynamonu

Uwaga! ja zrobiłam taki standardowy spód, bo akurat takie standardowe składniki miałam w domu. Serio jednak wyobrażam sobie, że o niebo lepszy mógłby być spód na przykład na bazie samych orzechów i daktyli - zdrowiej, bezglutenowo i z pewnością ciekawiej!

Masa superklasa ;):

- kostka naturalnego tofu
-5 odważnych łyżek sojowego jogurtu naturalnego ( kupionego lub własnej roboty)
-jedno opakowanie przyprawy korzennej - jeżeli lubicie mniej intensywniej, to mniej
-pół pomarańczy, bez skórki of kors ;)
-3/4 szklanki cukru trzcinowego
-opcjonalnie możecie dodać również skórkę pomarańczową lub całą pomarańczę - eksperymentujcie!

Z podanych na ciasto składników  ugniatamy kulkę ciasta, którą wrzucamy, najlepiej zapakowaną w folię spożywczą, na pół godziny do lodówki.
W tym czasie wszystkie składniki na masę miksujemy na pomocą blendera na gładką masę - proste.
Spód ciasta wyjmujemy z lodówki, rozwałkowujemy i wykładamy nim formę. Nakłuwamy w kilku miejscach widelcem i wrzucamy do rozgrzanego do około 180 stopni piekarnika na 5-10 minut.
Po tym czasie spód wyciągamy i wylewamy na niego masę.
Znów wrzucamy do piekarnika i tym razem trzymamy tam około 30 minut, aż masa się ładnie zetnie.
Po tym czasie tartę chłodzimy, oprószamy cukrem pudrem, startą skórką pomarańczy, plastrami pomarańczy, orzechami włoskimi i czym jeszcze zapragniecie :)

Cudownego grudnia Wam życzę! ♥♥♥♥








Na grudzień zamiast kolęd, Grimes :







poniedziałek, 1 grudnia 2014

D.I.Y Jogurcik roślinny

Nadal leżę i choruję, ale już przynajmniej ogarniam co się dzieje wokół mnie, mogę rozmawiać, pisać, oglądać - jupi!
Choć przez pierwsze dni byłam jak takie leżące warzywko zdana na pomoc i obiady pana Selera, to od kilku dni znowu staram się działać w kuchni.
Zrobiłam zakupy w vegekoszyku - sery i jogurty, te ostatnie z bakteriami probiotycznymi, co jest teraz dla mnie  szczególnie ważne, by odbudować sobie nieco florę bakteryjną. Wiem, że niektóre roślinne jogurty dostępne np. w stacjonarnych sklepach nie posiadają czasami takowych, co dla mnie osobiście mija się z sensem jedzenia jogurtów i smak już też jakiś taki "niejogurtowaty". W każdym razie jedząc właśnie taki jogurcik z pyszną cynamonową owsianeczką pomyślałam sobie, że to nie może być aż takie irytująco trudne, by zrobić go samemu - wiecie, taki gęsty, świeży jogurt, nieco kwaskowaty, zamknięty w słoiczku... mmmm! Pamiętałam jak znajomy opowiadał, że robi swoim dzieciom sam jogurty ( co prawda na bazie mleka krowiego), dawno temu przeglądałam mnóstwo rad, szukałam w sieci bakterii probiotycznych i w końcu z tego wszystkiego dostałam bólu głowy i sobie odpuściłam temat ( wcinając na florę bakteryjną żołądka kiszonki maminej roboty:)
Tym razem jednak, mając sporo czasu i mając na uwadze, że jestem na obrzydliwych antybioksach, które totalnie wyjaławiają mój organizm, postanowiłam wziąć sprawę w swoje ręce, mając jednocześnie gdzieś tam w głowie milion rad na ten temat oraz informację z lekcji biologii w podstawówce - bakterie w sprzyjających warunkach się rozwijają.
Zakładając, że mleko posiada super warunki dla tychże pracowitych bakteryjek ( no bo przecież dobrze im tam, wcale nie zanosi się, by chciały się stamtąd wyprowadzić! ) sprawa stała się jaśniejsza. ;)

Składniki:
-mleko roślinne ( na początek najlepiej sojowe)
-kilka łyżek roślinnego jogurtu z bakteriami probiotycznymi
-słoik
-koc
-gazeta

Tak, dobrze przeczytaliście powyższy skład, co oczywiście nie oznacza, że będziemy zagęszczać mleko ekstraktem z koca ;)
W zależności jak duży mamy słoik ( ja miałam taki po ogórkach, niecały litr się tam chyba mieści) wlewamy odpowiednią ilość mleka do rondelka. Odpalamy kuchenkę i podgrzewamy powoli mleko, nie może się ono zagotować, powinno być bardziej letnie :) i parować. Wyłączamy kuchenkę lub pod koniec podgrzewania dodajemy kilka kopczastych łyżek gotowego jogurtu ( tak na oko powinna to  być ilość małego kubeczka jogurtu, czyli około 130g). Mieszamy jeszcze chwilę, aby jogurt z mlekiem się w miarę połączyły i przelewamy wszystko do dużego słoika.
Słoik szczelnie owijamy gazetą, otulamy kocem i kładziemy pionowo na ciepły kaloryfer.
Teraz mamy wolne, bo słoik powinien tam stać około 10-12 godzin lub po prostu całą noc.
Teraz, gdy kaloryfery grzeją są to idealne warunki, przyznam się jednak szczerze, że jeszcze nie wiem jak rozwiązać tę sprawę w okresie przejściowym tzn. gdy na zewnątrz zimno, a administrator budynku stwierdzi, że już i tak nie warto grzać. Jest coś takiego jak jogurtownica, które można w miarę tanio kupić chociażby na słynnym portalu aukcyjnym, ale to jest sprawa do przemyślenia. Tu i teraz chciałabym pokazać sposób najprostszy, który nie wymaga żadnego specjalistycznego sprzętu itd.
Wracając po około 12h, rozbieramy jogurt z koców i gazet i wstawiamy go na kilka godzin do lodówki. W tym momencie zacznie się on rozwarstwiać, a na samym dole będzie najgęstsza część - czyli pysznusi, gęsty jogurt!
Po kilku godzinach wyciągamy słoik z lodówki i całą zawartość przelewamy albo do bardzo, bardzo, bardzo drobnego sitka albo do gazy i tak zostawiamy na około 30-40 minut ( w zależności jaką macie cierpliwość ) aż wszystko co ciekłe sobie skapnie.
I w ten sposób zostaje nam tylko i wyłącznie świeży jogurt roślinny! :))
Taki jogurt w szczelnym słoiku można przechowywać w lodówce na lajcie około tygodnia.
I wiecie co jest najlepsze?
to, że to był ostatni raz kiedy musieliście kupować jogurt, ponieważ wasz domowy jogurt jest teraz zaszczepiony bakteriami i przy następnym razie wystarczy, że odłożycie sobie kilka łyżek, by zaszczepić nią kolejną porcję mleka - tak w kółko :)
Taki jogurt możecie dowolnie przyprawiać - na słodko, z wanilią, z cynamonem, zmiksowany z owocami, ostro: z papryką, czosnkiem (!) , w formie tzatziki lub po prostu saute ;) Możliwości jest nieskończona ilość.
Jogurt sam w sobie ma wspaniały...jogurtowy smak :), nieco kwaskowaty, orzeźwiający, co mi na przykład przywodzi na myśl moje dawniej ulubione jogurty greckie. Idealne jako baza pod dowolne kombinacje!

Teraz troszki praktycznych informacji. Jeżeli chodzi o mleko: póki co robiłam jedynie z mleka sojowego i to takiego:

Ma ono super skład, bo zawiera jedynie ziarna soi i wodę. Jednakże takie rossmannowe, które też ma bardzo spoko skład również jak najbardziej się nada, inne tak samo. Jeżeli chodzi o biedrowe mleko, które jest najbardziej dostępne ze wszystkich ( zdaję sobie z tego sprawę, bo również u mnie gości ono najczęściej na stole), to jeszcze nie próbowałam jak bakterie probiotyczne się w nim zachowają, ale jakoś tak myślę, że nie powinno być z tym większego problemu, ponieważ mleko to samo w sobie posiada dodatki, które są odpowiedzialne są konsystencję :)
Inne mleka - orzech laskowy, owsiane i przede wszystkim migdałowe również czekają w kolejce. Mam obawy co do ryżowego ponieważ odnoszę wrażenie, że może być nieco za wodniste.
Pamiętajcie jednak też, że ilość mleka do ilości porcji jogurtu jest kluczową kwestią jeżeli chodzi o konsytencję. Im mniej mleka/im więcej kultur bakterii tym gęstszy jogurt i na odwrót.

Tak sobie jogurt kapał do miski:

Jogurt <3




Z informacji innych, to serdecznie polecam wam batoniki ZmianyZmiany :) Są one obecnie niedostępne w Olsztynie nad czym bardzo ubolewam, ale mam nadzieję, że pojawią się lada moment. Póki co pan Seler zwozi mi różne smaki ze swoich wojaży. Wypróbowałam już Aloha, przede mną jeszcze Lewy Sierpowy, ale póki co moim ulubionym jest Kosmos!
ZmianyZmiany oprócz tego, że są obłędnie pyszne, to  też fajna inicjatywa. Wegańskie, bez glutenu, zdrowe o prostym składzie - ZmianyZmiany pokazują, że to wszystko razem wzięte może być po prostu bardzo dobre! A to tego wspierają inicjatywę Otwarte Klatki, co dodatkowo poszerza świadomość o głównej idei weganizmu. Nic tylko się zajadać!



Z mniej słodkich rzeczy: od około dwóch tygodni znów piję czystek, z racji choroby parzę sobie kilka czajników dziennie i tak sobie popijam - na gorąco, na letnio, na zimno. Czystek jest bardzo spoko. Odkryłam go, gdy aż dwóch członków mojej familii zachorowało na boreliozę. Niestety, na Warmii i Mazurach pełno jest kleszczy. Zaczęłam poszukiwać naturalnych alternatyw na tę okropną chorobę i w ten sposób natknęłam się na zioło czystka. Wyczytałam, że w Niemczech zaleca się jego picie leśnikom, którzy są szczególnie narażeni na ukąszenie przez zarażonego kleszcza.
W tym momencie już biegłam do zielarskiego po opakowanie ;)
Oprócz tego doszło, że czystek wypłukuje z nas wszystkie toksyny, nawet metale ciężkie, poprawia odporność ( tu sprawdzę to dokładnie po odstawieniu antybiotyków, które szczególnie ją niszczą ) iii można by tak wymieniać bez końca. Tutaj możecie przeczytać więcej.
Ja póki co mogę powiedzieć, że najprawdopodobniej super oczyścił moją cerę. Od jakiegoś czasu borykam się z różnymi wypryskami, szczególnie na czole. Po tych dwóch tygodniach cera stała się jakaś taka wypoczęta, czyściutka i jednolita.
Czystek ma dodatkowo spoko smak, ot taka ziołowa herbata do popijania.
Naprawdę go wam polecam!



ach, i soundtrack na dziś :) Zima jest super, tęsknię za latem, a może jedynie za beztroską, która ma jego twarz ?


poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Strucla Jabłkowa Viedeńska ;)

Minęło już chyba z pół roku od ostatniego posta. Przymykam na to oczy, podnoszę ręce i przyznaję się bez bicia - czas był, jeść jadłam, piec piekłam - no to ostatnie może nieco mniej, ale nic w pełni nie jest stanie usprawiedliwić mojego tutejszego niebycia. Bardzo chciałabym odnaleźć znowu w sobie chęć i inspirację do tego, by blog ten, który jest niejako moim wegańskim dziecięciem dalej żył i trwał w swoim bajkowym klimacie. :) Będę się starała, mimo tego, że akurat teraz prywatnie czeka mnie wiele zmian, ale może właśnie wyjście z pewnego rodzaju stagnacji sprawi, że blog ten znowu ożyje! :)
Nie zrozumcie mnie źle, dokumentowanie tego co jem, co gotuję, jak gotuję i w ogóle tego, co dzieje się wokół mnie nadal mam we krwi, lecz tak jak wielu wybrałam tę szybszą i zapewne wygodniejszą drogę wizualna, czyli Instagrama. Jest to fajna sprawa, ale często łapią mnie wyrzuty sumienia, że zdjęcia wychodzą gorsze niż powinny lub mogłyby być, szczególnie teraz, gdy znowu jest coraz wcześniej ciemno. Blog to jednak blog, ten urok ustawiania i przystrajania potrawy. Oczywiście nie zawsze aparat jest na miejscu, nie zawsze światło dobre, a czekać na lepsze nie można, bo za plecami domownicy już czekają z talerzami na kawałek ciasta i za chwilę wszystko zniknie;) To jednak do blogowania wkłada się jakoś więcej serca i własnej duszy, teraz szczególnie to odczuwam :) Niemniej Insta to wygodna i przede wszystkim szybka forma rozprzestrzeniania wegańskiego stylu życia. Jeżeli macie ochotę zobaczyć co gotuję i jem i co mnie porusza, to zajrzyjcie czasem na mój profil :  http://instagram.com/v_fairy :)

Dziś natomiast przepis do tego, co pojawiło się również w formie zdjęciowej na insta, czyli Wiener Apfelstrudel, a więc Wiedeńskiej Strucli Jabłkowej, ale w wersji wegańskiej, a że jabłka ostatnio w modzie pod każdym względem, to tym bardziej warto powtórzyć ten przepis !
Zapraszam do ugniatania i wałkowania, bo to esencja prawdziwej wiedeńskiej strucli! :D


Kremu ani bitej śmietany nie miałam, ale jeżeli macie ochotę to możecie takową zamówić tutaj lub zrobić taką samemu z migdałów czy słonecznika :)

Do dzieła!
( z podanych proporcji wyjdą wam dwie strucle)

Potrzebujecie:

na ciasto:
-250 gram mąki
-łyżka wegańskiej margaryny ewentualnie oleju
-łyżka octu jabłkowego
-szczypta soli
-trochę mniej niż pół szklanki letniego mleka roślinnego
-dwie łyżeczki zmielonego siemienia lnianego
-4 łyżki wody

farsz:
-1 do 1,5 kg jabłek ( polskich! :)
-150 gram cukru - możecie mniej lub więcej w zależności od tego jak słodkie lub kwaśne są jabłka
-odważna łyżeczka cynamonu
-solidny haust amaretto
-garść lub mniej rodzynek - o ile lubicie :)
-olej słonecznikowy
-bułka tarta

Przede wszystkim przygotujcie łapki na dość długie ugniatanie. Jest to konieczność przy pieczeniu dobrej, prawdziwej strucli. :)
Zmieszajcie w misce wszystkie składniki na ciasto. Mąkę warto przesiać przez sitko, a siemię lniane mieszamy z czterema łyżkami wody aż do uzyskania konsystencji gęstego kisielu i wrzucamy także do ciasta. I teraz zaczynamy fitness ;) Ciasto należy ugniatać 15-20 minut, aż wyjdzie nam piękna, elastyczna plastelinka. Formujemy kulę, smarujemy ją delikatnie olejem i odstawiamy na bok, aby sobie odpoczęło.

W tym czasie przygotowujemy jabłka. Obieramy je i szatkujemy na cienkie listki. Najlepiej użyć do tego tarki, tego podłużnego pojedynczego otworu, który chyba służy do tarkowania ogórków do mizerii ;)
Potarkowane jabłka posypujemy cukrem i cynamonem i zalewamy alkoholem i dodajemy rodzynki. Możecie również dodać innych bakalii albo na przykład płatków migdałowych.
Odstawiamy jabłka i przechodzimy znowu do ciasta.
Naszą kulkę dzielimy na dwie części.
Jedną z nich kładziemy na czystej ścierce kuchennej, posypanej mąką. Uwierzcie, że przy strucli takie rozwiązanie jest najwygodniejsze!
Przystępujemy do wałkowania. Jest to dosyć żmudna praca, gdyż ciasto musi być naprawdę jak najcieńsze. Wiedeńczycy powiadają, że ciasto do strucli powinno być tak cienkie, by można było przez nie czytać gazetę. Jednocześnie powinno jednak nadal być elastyczne i się nie rwać. Po kilku minutach wałkowania łatwo wyczuć będzie ten moment :)
Rozwałkowane ciasto smarujemy pędzelkiem olejem.
Bułkę tartą podprażamy lekko na suchej patelni i wysypujemy na ciasto, a na to połowę odsączonego farszu jabłkowego.
Zaginamy krótsze brzegi i zwijamy ciasno, zaczynając od dłuższego brzegu  - wiecie o co cho ;)
Przy pomocy ściereczki kuchennej zwinnie przerzucamy struclę na blachę do pieczenia i smarujemy wierzch olejem.
Identycznie postępujemy z drugą kulką ciasta.

Obie strucle wstawiamy do rozgrzanego do 200 stopni piekarnika i pieczemy około 30-40 minut lub aż ciasto się zarumieni.
Po wyciągnięciu posypujemy cukrem pudrem i jeżeli możecie ozdabiacie kapką bitej śmietany lub innego kremu, tak jak w Bękartach Wojny ;)

Dla mnie najbardziej magiczne w strucli jest pierwsze wkłucie widelczyka w chrupką cienką skorupkę ciasta, które wydaje charakterystyczny dźwięk.
Aż ślinka cieknie!

Smacznego! :D



( przepraszam za słabą jakość zdjęć, to efekt takiej szybkiej dokumentacji kulinarnej telefonem :)








niedziela, 20 stycznia 2013

Ciasto banananananowo-kokosowe

Dzisiaj tak szybko, bo obiecałam wrzucić przepis na to właśnie ciasto, które zrobione zostało z okazji VI Vegan Bruncha w Olsztynie.
Było wspaniale, tak poza tym!
Choć musiałam wcześniej wyjść, to mogłabym jeść takie późne leniwe śniadania co sobotę! :)

A więc:


Proporcje oczywiście na taką wielką blachę jak była na brunchu i częściowo na oko i według smaku - wiecie jak to jest:)
W przypadku mniejszych blaszek polecam po prostu podzielić proporcje na pół.

Wyciągnijcie z szafek...

na ciasto:
-4szklanki mąki
-2szklanki cukru
-2łyżki proszku do pieczenia
-1 szklanka oleju
-2 szklanki wody ( w razie, gdy ciasto wyjdzie zbyt gęste nieco więcej)
-około 3/4 szklanki kakao
-jakieś tam aromaty... migdałowy, waniliowy - jak kto woli.

na masę:
-2 puszki dobrze schłodzonego (najlepiej przez kilka dni trzymanego w lodówce) mleka kokosowego
-cukier
-trzy w miarę dojrzałe banany

Oprócz tego:
- jakiś dżemor ( ja użyłam malinowego domowej roboty:)
-posypkę czekoladową lub po prostu starkowaną gorzką czekoladę

Składniki na ciasto mieszamy ze sobą i dzielimy na dwie równe części. Jedną z nich wykładamy na blaszkę, która będzie spodem  naszego ciasta, a drugą możemy wrzucić do jakiejkolwiek innej formy.
Wrzucamy do piekarnika rozgrzanego do 180stopni na około 40minut, ale lepiej sprawdzajcie na bieżąco patyczkiem.

Teraz zajmijcie się masą. Otówrzcie puszki z mlekiem kokosowym - powinno się rozwarstwić, tzn na górze powinna być dosyć twarda masa, a na spodzie puszki woda.Dlatego im dłużej leżakuje w lodówce, tym lepiej.
Wykładamy do pojemnika tylko właśnie tę masę i miksujemy, dodając według uznania cukier i jeżeli ktoś chce również odrobinę cukru waniliowego, możecie także dodać wiórki kokosowe - wszystkie chwyty dozwolone ;)
Banany kroimy w drobniutką kostkę i dodajemy do masy kokosowej, ale już tylko delikatnie mieszając łyżką.

Ciasto chłodzimy wyjmujemy z piekarnika i wystawiamy do chłodzenia.
Gdy już będzie zimne ( naprawdę musi być zimne! inaczej wszystko nam się rozpłynie) kładziemy cienką warstwę dżemu, a na to wykładamy większą część masy.
Drugie ciasto także chłodzimy i kruszymy. ( to chyba chwyt rodem z kopca kreta, nie? tak mi się przypomina z zamierzchłych czasów. W przypadku tego ciasta pomysł powstał z braku drugiej identycznej formy jak spód i to chyba był strzał w dziesiątkę;))
"Kruszonkę" sypiemy równomiernie, a na nią znowu  wykładamy pozostałą część masy.
Teraz już tylko ozdabiamy czekoladą.
I gotowe.

Szybko hop do lodówki, by nam się ładnie schłodziło, bo takie jest najlepsze! :)





piątek, 5 października 2012

Zapiex dobry na wszystko.

Zawsze. Absolutnie zawsze dobrze jest mieć pod ręką tofu. I brokuła też.
Ogólnie zauważam ostatnio u siebie tendencję łączenia zielonych warzyw właśnie z tym sojowym serem.
Wróciłam już do Olsztyna. Powoli się na nowo klimatyzuję. Jeszcze nigdy nie wracałam w październiku tak chętnie do wspomnień wakacyjnych. Na nowo odkryłam Mazury, coraz bardziej się przywiązuję do miejsca z dzieciństwa.
Ale studia są fajne! znajomi... choć spora część gdzieś powyjeżdżała, to jednak ci najbliżsi są na wyciągnięcie ręki. Gotuję! Uwielbiam swoją kuchnię tutaj, właśnie dlatego, że jest taka moja! Jeżdżenie rowerem po mieście, kawiarnie z sojowym latte, szukanie pracy, nieogarnięcie mojego wydziału. Ostatecznie wszystko to kocham! Odpoczywam, robię co chcę i kiedy chcę, rozwijam się, cieszę!
Mimo to potrzebuję czasu, by na spokojnie, krok po kroku wdrożyć się na nowo w to życie.
A więc dziś nadrabiam zaległości filmowe. Wchłaniam wszystko co wizualne. Latem w ogóle nie było na to czasu...
A że kolejka rzeczy do obejrzenia długa to i obiad szybki acz pożywny być musi.
Padło na to co zwykle  można znaleźć w domu albo osiedlowym spożywczaku.
Makaron z brokułami i tofu - wszystko pod kołderką sosu beszamelowego... często ten beszamel, często, ależ jaki praktyczny! :)

Składniki:

1 mniejszy brokuł
400g tofu naturalnego
makaron świderki lub inne falbanki

Makaron gotujemy. W tym czasie kroimy na pół różyczki brokuła i przygotowujemy sos beszamelowy stąd.
Teraz w brytfance układamy makaron - aż do całkowitego pokrycia dna, a nawet nieco więcej, blisko obok siebie wszystkie różyczki brokuła, pokruszone tofu i polewamy beszamelem, ale zostawiamy go nieco na koniec. Staramy się go rozprowadzić tak, by znajdował się na całej powierzchni, co ma na celu ładne sklejenie się ze sobą składników :)
Teraz wrzucamy resztę makaronu i znowu polewamy resztą sosu.
Pieczemy około 30 minut w 200stopniach, ale lepiej sprawdzać, czy nic nam się nie przypala :)








Pisząc o pobycie w Chorwacji zupełnie zapomniałam, ze ostatniego dnia natknęłam się w jakimś osiedlowym sklepie na wegańskie pralinki. Przeczytałam skład we wszystkich podanych językach, aby się upewnić, czy na na pewno są wegańskie - i cóż, choć nadal ciężko mi w to uwierzyć, były!
Czytając na szybko skład innych pralin tej chorwackiej firmy okazało się, że oferują jeszcze kilka innych smakołyków wegańskich. 
Czekoladowe z lekkim miętowym posmakiem. ukusan! ;)
Muszę jednak przyznać, że szczególnie zauroczyło mnie opakowanie. Dlaczego u nas większość bombonierek zdobionych jest kiczowatym zdjęciem kwiatów? A tutaj mamy przecież taki cudowny przykład tego jak piękne może być współczesne wzornictwo i minimalizm.
Pudełeczko po skonsumowaniu zawartości nie poszło do śmietnika tylko spełnia rolę pięknego estetycznego schowka na koraliki. :)





A w piekarniku piecze się biszkopt czekoladowy, a w lodówce chłodzi się śmietana kokosowa! :)



poniedziałek, 30 lipca 2012

Amerykany!

Deszczowa pogoda latem sprzyja oglądaniu zaległych filmów, słuchaniu zapomnianych piosenek i pieczeniu.
To dobry czas, odpoczynek od upałów, nawału turystów na mazurskich jeziorach. Jeden dzień, jeżeli zostanie dobrze wykorzystany, jednak zupełnie wystarczy, bo brakuje mi wtedy ciepłych wieczorów z piwkiem na cyplu, porannego widoku żaglówek na jeziorze, ba, nawet śpiewu szant, które serdecznie już mi się przesłuchały, a jednak są nieodłącznym elementem tego całego klimatu i choć śpiewać wcale ich nie muszę, tańczyć przy nich również nie, to miło jest jeżeli gdzieś tam w tle się pojawiają ;)
Skoro dzień odpoczynku od Mazur na Mazurach, to i danie zupełnie niemazurskie ( i bardzo dobrze - biorąc pod uwagę, że króluje tu na talerzach ryba).
Oglądając czarno-białe filmy i odkopując płytę The Puppini Sisters przypomniały mi się ciastka zwane amerykanami, które jadłam często jako dziecko w Niemczech.
Musiałam zrobić ich wegańską wersję!
Pyszne, słodkie i sycące.

Łapcie soundtrack i do dzieła!


Składniki na około 18 amerykanów:

-500g mąki
-200ml oleju
-200g cukru
-1 paczka cukru waniliowego
-1 paczka proszku budyniowego waniliowego
-3 łyżki mleka sojowego
-3 łyżeczki proszku do pieczenia

Lukier:

-200g cukru pudru
-4 łyżki wody
- 2 łyżki kakaa

Mieszamy ze sobą mąkę, proszek do pieczenia, olej, cukier waniliowy, cukier. W oddzielnym naczyniu mieszamy ze sobą proszek budyniowy z sojmlekiem, po czym powoli dodajemy do reszty składników.
Ugniatamy ciasto, takie, by nie lepiło się zbytnio do łapek - jeżeli będzie się za bardzo kruszyło dodajemy nieco mleka sojowego lub oleju.
Formujemy w średniej wielkości placki - niezbyt płaskie, ale też nieco bardzie niż te co widać na zdjęciu ;)
W dużych odstępach układamy na blasze i wrzucamy do rozgrzanego do 180stopniu piekarnika na około 20 minut.
Odstawiamy do całkowitego ostygnięcia, przygotowujemy lukier i nakładamy go na ciastka. Gdy lukier na ostygnie ( można  spokojnie wrzucić do lodówki to będzie szybciej, szczególnie teraz latem) wrzucamy do ust i jemy popijając gorzką kawusią. :)
















Dostaliśmy także od sąsiada kilka dobrych kilogramów papierówek. Może ktoś z was ma jakieś ciekawe przepisy?
Póki co wrzucam do śniadaniowego musli, a na szarlotkę jakoś średnio mam ochotę...









wtorek, 22 maja 2012

Something a la kaiserschmarren.

Dzisiaj nieco kontrastowo, bo danie po pierwsze przypadkowe i będące bombą kaloryczną a aspiracje totalnie odwrotne.
Ale najpierw o pierwszym. Otóż... co zrobić, gdy nie jest się mistrzem naleśnikarskim, gdy ma się ochotę na coś naprawdę megamega słodkiego ( a jak wiadomo każdy, a przede wszystkim każda z nas ma takie chwile), a na dodatek mało czasu? Moja przypadkowa i uproszczona wersja austriackiej potrawy zwanej Kaiserschmarren rozwiąże wszystkie te problemy, yeah! ;D
Wystarczy przyrządzić ciasto naleśnikowe. Jak wiadomo wystarczy mieć do tego pod ręką mleko roślinne, mąkę, cukier,olej + w tej wersji - płaską łyżeczkę proszku do pieczenia i opcjonalnie kilka kropel aromatu np. migdałowego. 
Ciasto wylewamy na patelnię,  więcej niż na standardowego naleśnika, powiedzmy, że będzie to ok. 1,5 średniej wielkości chochli.
Czekamy aż placek się nieco przypiecze z jednej strony, obracamy go na drugą stronę i na przykład widelcem rozrywamy na prostokątne kawałeczki jednocześnie je przysmażając. I tak robimy z każdym naleśnikiem.
Następnie możemy wrzucić wszystkie nasze "strzępki" naleśnikowe jeszcze raz do patelni, jednocześnie dodając jakieś owoce, u mnie były to banany. Proponuję poeksperymentować z mniej sycącymi owocami, chociażby pojawiającymi się powoli truskawkami!
Na talerzu, gdy się bardzo pragnie słodkości, można polać roztopioną czekoladą, posypać cynamonem, cukrem trzcinowym i czym dusza zapragnie.
o! :)
Warto dodać, że w oryginalnym przepisie na Kaiserschmarren, które swoją drogą uwielbiałam jako dziecko, do ciasta naleśnikowego dodaje się również rodzynki.


A teraz coś zupełnie innego. Chyba jak niejedna weganka czy weganin w pewnym momencie zaczęłam się zastanawiać nad dietą surową, a raczej nad tym ile tak naprawdę dziennie surowych warzyw czy owoców jem. Chodziło mi po głowie, by zrobić sobie taki eksperyment, by spróbować przez miesiąc jeść w większości surowo. Tyle ile będę w stanie. Nie chcę raczej rezygnować na przykład z kasz, które są dla mnie cennym źródłem witamin, ale nie chcę też teraz niczego zakładać. Być może stwierdzę, że wcale ich nie potrzebuję. Zobaczymy. Najważniejsze jest, by dominowały surowe warzywka i owoce. Taki jest cel. Do ostatecznego kroku przekonała mnie cudowna pani, prowadząca tego oto bloga: http://teatimeandwhiterabbits.blogspot.com/ , którego swoją drogą naprawdę szczerze polecam i już nie pierwszy raz stał się dla mnie inspiracją! :) Mam zamiar zebrać kilka standardowych surowych pomysłów na dania obiadowe, by już na samym początku się nie zniechęcić i mam nadzieję, że jutro lub pojutrze wcielę swój plan w życie! I wiecie co? W sumie to nie mogę się doczekać! :)





wtorek, 6 marca 2012

nyan muffins! :D

Ostatnio dzieje się stanowczo zbyt wiele i to na dodatek zbyt wiele przyjemnych rzeczy. Ale absolutnie na to nie narzekam.
To takie wspaniałe mieć świadomość, że spędziło się kolejny radosny i aktywny dzień, wśród wspaniałych ludzi i robiąc po prostu coś fajnego! Czuję, że odżyłam i gdy już nikt nie ma siły, by ze mną gdziekolwiek łazić, to idę pobiegać albo zajmuję się czymkolwiek, co może wymagać ode mnie jakiegoś kreatywnego myślenia. Szyję więc, maluję, wycinam szablony.... Tak mi z tym dobrze!
Mam niestety absolutną świadomość, że licencjat woła i czeka na mnie z utęsknieniem...A jak wiadomo wszystko jest świetne dopóki nie staje się obowiązkiem.
Tak więc postanawiam dzisiaj wziąć się za pisanie mądrości, a jako małą rozgrzewkę potraktuję wpis na blogu, by jeszcze na chwilę dać odżyć miłym wspomnieniom ostatnich dni. :)
A w tym przypadku konkretnie jednego dnia.
Dzisiejszy post natomiast mimo wszystko będzie dosyć obrazowy, gdyż w sumie żadnych wielkich nowości tu nie ma.
W niedzielę zorganizowaliśmy miłe popołudnie z dyskusjami i filmami na temat olsztyńskiej kultury, freeganizmu i skłotingu, gdyż od jakiegoś czasu jest nam ten ostatni temat wyjątkowo bliski oraz koncertem .
Nie obyło się bez poczęstunku wegańskiego... och jeju, jakie to wszystko było pyszne!
Zrobiłam tartę i z kreatywną pomocą przyjaciółki muffiny!
Ale jakie! I jaką niesamowitą moc szerzenia radości miały! :D
Przepis na ciacho znajdziecie tu , jest to przepis na ciasto przypominające biszkopt.Jest super proste i wręcz idealne na spody do tortów, rolady, szybkie ciacha owocowe i jak się okazało również muffiny.
Krem to pozostałości z tortu z poprzedniego posta.
Lukier to najzwyklejszy cukier puder z wodą + niebieski barwnik spożywczy.
A żelkowe tęcze można kupić na wagę w Tesco.
Ot, cała magia nyanowych muffinów! :D



niedziela, 19 lutego 2012

TORT !

W sobotę przyleciała do nas z Norwegii kuzynka mojej przyjaciółki S. Postanowiłyśmy więc, oprócz obciachowego powitania na lotnisku z biało-czerwonymi goździkami i transparentami, upiec jej patriotyczny tort ;)
Kocham swoich przyjaciół, którzy ze względu na mnie chętnie zamiast normalnego torta  zjedzą wegańskiego i dzięki którym mogę doskonalić tę dziedzinę sztuki kulinarnej ;D
Wyszedł przeprzepyszny!
A co najważniejsze w końcu wzięłam się w garść i zapisałam proporcje :)
No to lecimy!

Oprócz poniższych składników, które są potrzebne do przygotowania biszkoptu i masy, należy przygotować:

-rum  lub jakąś wódkę albo w wersji bezalkoholowej przegotowaną wodę z sokiem z cytryny
- owoce, którymi chcemy przełożyć biszkopt ( u mnie były to wiśnie i kiwi)
-dżem

Biszkopt 
najlepiej zrobić z przepisu, który podawałam przy okazji biszkoptu z owocami, ale jeszcze raz go powtórzę:

-300g mąki
-200g cukru
-6 łyżek proszku do pieczenia lub 15-gramowe opakowanie
-100ml oleju
-200ml mleka sojowego

Mieszamy ze sobą wszystkie suche składniki, po czym dodajemy margarynę/olej i mleko sojowe i ewentualny aromat i wszystko mieszamy na gładką masę.
Wlewamy do formy i pieczemy w 200°C przez około 25-30 minut.



EDIT: Po wielu upieczonych biszkoptach, z czystym sumieniem, również do tortu, polecam przenajlepszy biszkopt według I can't believe it's vegan. Serio. Nie czuć tak proszku do pieczenia jak w przepisie, który podawałam poprzednio i jest też znacznie smaczniejszy. Jako że tort jest dosyć eksploatowanym przepisem na blogu podaję przepis też tutaj. Oto i on:


"2 szklanki mąki
1 szkl. cukru
1 łyżka proszku ( łyżka, nie łyżeczka!)
1/2 szkl. oleju
1 szklanka mleka roślinnego ( z wodą też wychodzi)"

Składniki proszę ładnie połączyć i piec około 40 minut w 180 stopniach.


I odstawiamy do całkowitego ostygnięcia.
Ja upiekłam dwa takie biszkopty, gdyż zależało mi na tym, by tort był wysoki.


Teraz masa.
Potrzebujemy do niej:


-1l mleka sojowego
- około 8 łyżek mąki ziemniaczanej
- około 1,5 kostki margaryny wegańskiej, np. Alsan, o temperaturze pokojowej, więc dobrze wyjąć ją wcześniej z lodówki.
- cukier
- aromat migdałowy lub inny



Z 1 litra mleka odlewamy sobie pół szklanki, a resztę zagotowujemy w rondelku. Do mleka w szklance dodajemy mąkę ziemniaczaną i dobrze mieszamy, najlepiej widelcem, żeby nie było grudek. Gdy mleko w rondelku zacznie parować powolutku dodajemy naszą miksturę z szklanki, caaały czas mieszając. Zacznie nam się tworzyć budyń. Musi on być bardzo gęsty. Praktycznie powinno powstać coś na kształt ogromnego, budyniowatego gluta ;) Jeżeli stwierdzimy, że jest jeszcze zbyt rzadki, rozpuszczamy jeszcze nieco mąki ziemniaczanej w mleku sojowym i dodajemy do rondelka.
Gotowy budyń odstawiamy do całkowitego ostygnięcia. (Musi być naprawdę zimny, a w czasie, gdy będzie stygł warto go co jakiś czas przemieszać).

W tym czasie możemy zająć się ostygniętym biszkoptem. Każdy z nich ostrożnie przecinamy wzdłuż na pół, tak by powstały, tak jak w moim przypadku, w sumie cztery placki. Gdy gdzieś mamy jakąś nierówność, to wycinamy ją nożem. Placki powinny być mniej więcej płaskie i równe.
Każdy z nich nasączamy alkoholem lub jakimś zastępnikiem.

Wracamy teraz znowu do masy. Pod warunkiem, że budyń jest już całkowicie zimny !

Bierzemy nasze 1,5 kostki margaryny i miksujemy kilka minut na idealnie gładką masę.
Teraz łyżka po łyżce dodajemy budyń, cały czas miksując i oceniając gęstość masy.
Powinna być zwarta. Ja dodałam cały budyń, ale może się zdarzyć, że wam nieco zostanie.

Wtedy mówi się trudno, ale sposób dodawania budyniu do margaryny, a nie odwrotnie eliminuje niebezpieczeństwo dodawania coraz większej ilości margaryny wegańskiej, o którą przecież ciężko u nas ;)
Po prostu, gdy stwierdzimy, że masa będzie się trzymała biszkoptu, przestajemy dodawać
 budyniu, aczkolwiek z podanych przeze mnie proporcji powinno styknąć wszystkiego. :)

Teraz do masy dodajemy cukru, tyle ile kto lubi i aromat.
Gotowe! :)

Bierzemy teraz jeden z placków, najlepiej taki, który jest od spodu przypieczony. Smarujemy go masą, nakładamy owoce, bierzemy kolejny placek, który smarujemy z jednej strony dżemem i tą stroną kładziemy na owoce, a drugą stronę smarujemy znowu masą i układamy na nim owoce. I tak w kółko, aż do ostatniego placka.
Gdy już będziemy mieli biszkoptową piramidę, mniej więcej taką jak ta:


zaczynamy ubierać tort w pozostałą masę. Pomagamy sobie płaskim nożem lub specjalną szpachelką czy szpatułką do tortów. Wszystko ładnie wygładzamy, od czasu do czasu zanurzając szpatułkę w szklance letniej wody.
Ozdabiamy według własnej wyobraźni! 

A oto moje pyszne cudo, według projektu S, bo co jak co, ale to ona wpadła na pomysł patriotic cake'a  ;)


Truskawki o tej porze roku to dla mnie z reguły zło, ale czego się nie robi dla zadowolenia oczu. ;)


A robienie tortu = syf i chaos w kuchni. Jak dobrze jest wtedy mieć obok miłą osóbkę, która rzekomo bardzo lubi zmywać naczynia. ;)


czwartek, 8 grudnia 2011

Żadne rewolucyjne, ale pyszne i najulubieńsze BROWNIE! :))

Uwielbiam gotować dla znajomych! Szczególnie, gdy mogę sobie na to zaplanować czas. A radość, gdy widzę, że moim gościom smakują wegańskie słodkości i inne dania, jest wprost nie do opisania :)
Ogólnie uważam, że gotowanie i częstowanie ludzi wegańskim/wegetariańskim żarełkiem jest chyba najbardziej efektowną formą tak zwanej wege propagandy. Gdy pokażesz ludziom, że nie musisz się specjalnie wysilać i cierpieć będąc wege, to zaczną się nad tym zastanawiać, gdyż nagle wszystkie, tak powszechne, stereotypy o głodującym wegetarianinie się posypią. I o to chodzi :)
Jestem niesamowicie dumna, gdy widzę osobę, do której decyzji o przejściu na wegetarianizm choć trochę się przyczyniłam :)

W każdym razie wracając do tematu postu... wegańskie brownie jest ciastem, które przekona chyba każdego.Jest absolutnym przeciwieństwem tego, jak ludzie sobie wyobrażają wegańskie ciasto (pod warunkiem, że wiedzą już w ogóle na czym weganizm polega:)
 I tak też ostatnio przyszło do mnie kilka przyjaciółek i ich znajomi i znowu było wielkie zdziwienie, że "jaaaak to?! bez jajek?! ... nie noo... i bez mleka?! ale jak to?! Ale przecież to takie smaczne, więc jak to możliwe?".
Tak. Uwielbiam ten potok słów i ten moment ;D

No to przepis!

Przygotujcie:

-2,5 tabliczki gorzkiej czekolady (patrzcie na skład! Niestety nie każda gorzka=wegańska)
-szklanka oleju
-ok. szklanki cukru
-3 banany
-0,5 szklanki mleka sojowego waniliowego
-1,5 szklanki mleka
- kilka łyżek dżemu

Czekoladę rozpuszczamy w kąpieli wodnej, czyli jeden garnek z wodą stoi na ogniu, a w nim rondelek z czekoladą i odrobiną oleju.
Rozgniatamy banany i łączymy je z mlekiem i cukrem.
Dodajemy ostudzoną czekoladę i mieszamy do uzyskania jednolitej konsystencji.
Następnie dodajemy mąkę, dobrze mieszamy i na koniec dżem.
Jeżeli ktoś lubi to można oczywiście dorzucić jakieś rodzynki lub/i orzechy.
Ciasto wylewamy do,wysmarowanej i posypanej bułką tartą, formy i pieczemy w 200ºC 35-45 minut.

Do mojego brownie przyrządziłam jeszcze sos budyniowy. Robimy go z normalnego budyniu z paczki, z tym, że dodajemy zamiast 500ml mleka sojowego 700-800ml do 1l , w zależności jak rzadki sos chcemy uzyskać. Pychotka! :)

Mój vegan poczęstunek ;) Oprócz brownie była powtórka pieczonych kotlecików sojowych z poprzedniego postu i grzanki tymiankowe :)



Nie mogło zabraknąć moich słodkich opłatkowych króliczków :)

piątek, 4 listopada 2011

Najprostsze-najsmaczniejsze.

I jak wyżej naprawdę tak jest... Uwielbiam piec ciasta, co zresztą widać po tych kilku znikomych postach, bo jakoś nie miał, do tej pory ,szansę pojawić się tutaj obiadowy przepis. Myślę, że jest to spowodowane tym, że słodycze są po prostu... piękniejsze wizualnie i podświadomie czuję potrzebę zrobienia im zdjęć, czy opisania. Poza tym obiady często robi się na szybko, są zdrowe, pożywne, ale proste.
Tak jak wczoraj sałatka makaronowa z kapuchą pekińską,kukurydzą,ogórkami kiszonymi, pomidorami i do tego chilli parówki sojowe. Był to obiad naprawdę błyskawiczny, ale jakże pyszny! Jednak mimo wszystko wydaje mi się zbyt prosty... Chociaż zastanawiam się poważnie, czy może właśnie nie o to chodzi. Przecież taki vegan blog kulinarny ma na celu głównie, nie ukrywajmy tego, nakłanianie ludzi do weganizmu i przede wszystkim pokazywanie, że weganin może gotować pysznie i nieskomplikowanie!
Hmm... muszę poważnie pomyśleć o tym, czy może częściej nie dokumentować swoich prostych obiadków , szczególnie, że najczęściej są improwizacją składników, które akurat są w kuchni :)
Dzisiaj mimo wszystko wrócę do wypieków, gdyż mam do przedstawienia dwa ciasta, które są dla mnie absolutnie niezbędne. Właśnie dlatego,że są takie proste.
Idealnie nadają się, gdy mamy nagle chęć na coś słodkiego lub odwiedzą nas niespodziewani goście.


Pierwsze ciasto jest biszkoptem wegańskim z dowolnymi owocami. W moim przypadku były to malinki i truskawki mamy ze słoika - najpyszniejsze! W sezonie letnim oczywiście namawiam do świeżych owoców.
Poza tym idealnie nadają się też tutaj jabłka. Jednym słowem - co sobie zażyczymy! :)


Do BISZKOPTU Z OWOCAMI potrzebujemy:


300g mąki
200g cukru (najlepiej trzcinowego, wiadomo)
6 łyżek proszku do pieczenia
100g margaryny wegańskiej lub 100ml oleju
200ml mleka sojowego
opcjonalnie aromat migdałowy


Mieszamy ze sobą wszystkie suche składniki, po czym dodajemy margarynę/olej i mleko sojowe i ewentualny aromat i wszystko mieszamy na gładką masę.
Wlewamy do formy, o!


Teraz na ciasto kładziemy nasze owoce. Jeżeli będą ze słoika, to nie trzeba się martwić, że dodamy troszkę soku (ale bez przesady! owoce mimo wszystko należy odcedzić:).
 I uwaga to jeszcze nie koniec! Teraz robimy kruszonkę!
Przykładowo z przepisu na Puszka.pl lub według własnych upodobań:




2 miarki mąki (białej lub razowej)
1-1,5 miarki cukru (w zależności jak słodką chcemy kruszonkę)
olej lub masło
ew. dodatki, np:
- cynamon
- wiórki kokosowe
- cukier waniliowy
- ekstrakt waniliowy
Mieszamy mąkę z cukrem. Zagniatając dodajemy stopniowo (żeby nie przesadzić!) tyle oleju (lub roztopionego masła) i ewentualnie wody, żeby całość była wilgotna i miała grudkowatą konsystencję. Jeśli dodamy sam olej (wersja klasyczna), kruszonka będzie bardziej sypka. Ja wolę dodać mniej więcej pół na pół olej z wodą.

Na koniec oczywiście posypujemy przygotowaną kruszonką nasze ciacho i wstawiamy do rozgrzanego do 200 stopni piekarnika na 25-30minut.

Gotowe! :)
Dodam,że owoców może być dowolna ilość. Może to być nawet  5 malin, a naprawdę zmieni to smak zwykłego biszkoptu.
Poza tym podany przepis na biszkopt idealnie nadaje się do tortów. Wiele razy już go w tej formie praktykowałam i jest wręcz idealny!
Nie wiem od czego to zależy, ale pachnie jak prawdziwy biszkopt, a mama stwiedziła nawet,że wyczuwa w nim jajka. :P Natomiast największym sukcesem jest, że przekonał pewną znajomą naszej rodziny, która z uwielbieniem wręcz obsesyjnym we wszystkich wypiekach używa niezliczonych ilości jajek. Zapewne nadal tak robi, ale jej mina po zjedzeniu biszkoptu i usłyszenia informacji, że jest bez jajek jednak była bezcenna! :)

Jako że ciasto szybkie, więc i zdjęcia niestety takie wyszły... Nawet nie zdążyłam ując go w całości ;)


Kolejny przepis to klasyczny Apple Pie, jakiego wszyscy pewnie znamy... chociażby z komiksów o Kaczorze Donaldzie... no, przynajmniej ja mam takie skojarzenie ;))
Moim zdaniem jedno z najlepszych ciast! a przecież takie proste...

Do CIASTA potrzebujemy:

500g mąki pszennej (można ewentualnie pokombinować z razową;)
150g margaryny wegańskiej
100ml oleju
ok. 4 łyżki cukru
4 łyżki wody

Do NADZIENIA potrzebujemy:

-Jabłek... oczywiście nie policzyłam ile ich było, tylko poszłam i na oko zerwałam z jabłonki pełną miseczkę, ale na oko mogę powiedzieć, że było ich około 10, takich większych. Zresztą, jak nakroimy za dużo , to się na pewno nie zmarnują :P
-10 łyżek cukru trzcinowego
-2 łyżki mąki ziemniaczanej
-1-2 łyżeczki cynamonu

Jabłka oczywiście obieramy i kroimy na średnie cząstki, może być kosteczka. Następnie dodajemy do nich cukier, mąkę ziemniaczaną i cynamon i mieszamy, tak aby jabłka były ładnie brązowe od cukru i cynamonu i nie było widać grudek mąki ziemniaczanej.
Z składników na ciasto ugniatamy ładną, jednolitą kulę, którą dzielimy na dwie części ( w zależności jaką mamy formę jedna może być większa, a druga mniejsza. Przy płaskiej formie mogą być równe)
Formę standardowo smarujemy olejem i oprószamy bułką tartą lub kaszą manną.
Jedną część ciasta rozwałkowujemy i wykładamy nim spód i brzegi formy, ważne jest, aby ciasto wystawało lekko poza brzegi.  Następnie wypełniamy formę jabłkami.
Wystające brzegi ciasta możemy w tym momencie lekko namoczyć wodą lub  sokiem, które puściły w misce jabłka.
Teraz rozwałkowujemy drugą część ciasta na kształt placka i przykrywamy nim jabłka jednocześnie "zlepiając" z wystającym zza brzegów ciastem.

Teraz tylko wrzucamy do rozgrzanego do 200 stopni piekarnika na około 40 minut.

Po ostudzeniu możemy oprószyć cukrem pudrem i ozdobić płatkami migdałowymi :)










                       To teraz mogę życzyć smacznych niespodziewanych odwiedzin i napadów słodkości ;)