Kuchnia tyrolska jest kuchnią wysokokaloryczną, powiedzielibyśmy, że tradycyjną, gdzie spotkać można wszystko co jest totalnym przeciwieństwem weganizmu w jednej potrawie.
A ja właśnie lubię takie wyzwania i tak samo jak od jakiegoś czasu zbieram ciekawe przepisy typowo mazurskie, by potem wykreować ich wegańskie wersje, tak również ta zupa była taką małą improwizacją na temat tradycji.
Łapcie super rozgrzewającą, sycącą oraz tanią i łatwą w wykonaniu zupę ziemniaczaną po tyrolsku :)
Wyłóżcie na stół:
-600g ziemniorów
-1 większą cebulę
-sól
-pieprz
-około 700ml mleka sojowego naturalnego - naturalnie ;)
-na oko 3 łyżki różnych ziół, np. estragonu, tymianku, pietruszki, majeranku
-szczypta gałki muszkatołowej
-cztery kromki chleba
Ziemianki obieramy i kroimy w kosteczkę.
Rozgrzewamy olej w garnku, w którym będziemy przygotowywać zupkę i wrzucamy również pokostkowaną cebulę, którą smażymy aż się zeszkli, wtedy dodajemy ziemianki i również krótko je smażymy, cały czas mieszając, by nie przywarły do dna.
Następnie dolewamy około 150ml wody i wszystko gotujemy na niewielkim ogniu przez około 20 minut.
Po upływie tego czasu, przyprawiamy wszystko solą i pieprzem według uznania.
Teraz wyciągamy blender i wszystko rozdrabniamy aż do uzyskania kremu ( spokojnie mogą pozostać pojedyncze kawałki ziemniaków - osobiście lubię kiedy potrawa ma zróżnicowaną strukturę, jest wtedy ciekawsza dla podniebienia, przynajmniej mojego;)
Uzyskany krem ponownie doprowadzamy do wrzenia i powoli dodajemy mleko, cały czas mieszając.
Teraz już tylko wrzucamy przyprawy i gałkę muszkatołową.
Kromki chleba kroimy kosteczkę i pięknie smażymy na oliwie aż będę chrupiące.
Am, am. :)
A na koniec Tangled Lines me ulubione, bo znalazłam dzisiaj filmik z ich występu na Fluff Feście :))
Patrzę ze smutkiem na ostatni post.
Dlaczego czas tak szybko płynie!?
Listopad miał być przepełniony samorozwojem, malarstwem - bo dusza krzyczy mi od miesiąca, że chce zostać namalowana. Płótno jest, kartony wyniesione z śmietnika centrum handlowego są, farby, pędzle czekają, by zatańczyć wspólnie.
Sterta, góra wręcz ciuchów do przeróbki czeka na mnie, a maszyna do szycia wręcz płacze nocą nad moją głową.
....
Tymczasem otrzymałam szansę, by dorobić nieco kasy w listopadzie i tym sposobem mój listopad minął wśród kartek różnej gramatury, koralików, pasteli, ołówków.... na inwentaryzacji w sklepie plastycznym.
Nie narzekam, bo oprócz dodatkowego zarobku jest naprawdę miło, a co doceniam najbardziej - poznałam cały asortyment sklepu, a co za tym idzie, moje horyzonty plastyczne znacznie się poszerzyły i gdy tylko nadejdzie wypłata mam w planach już kilka hendmejdów ;)
Szczególnie, że grudzień to czas idealny na takie sprawy.
Mam nadzieję, że tym razem się spełni!!!
Różowe, cieplusie podkolanówki w reniferki zostały już zakupione, pomysłów cała głowa . Mam nadzieję, że uda mi się w tym roku wrócić kilka dni przed Wigilią, by na spokojnie potworzyć sobie przy kominku, wśród rodziny.
Zbieram również pozytywne myśli w małym notesiku, który noszę zawsze przy sobie, bo uświadomiłam sobie, że często nie zauważam ile miłych drobnostek zdarza mi się w ciągu dnia.
A teraz widzę, że za moje szczęście odpowiedzialni są głównie ludzie, których mam wokół siebie, ludzie których wciąż na nowo poznaję.
Dobrze jest sobie takie rzeczy uświadomić i zamiast myśleć nad ponurą stroną życia ( która jest nieunikniona! )usiąść wieczorem i pomyśleć przy kubku grzańca o tym co miłego nam się dziś zdarzyło...
I nagle okazuje się, że jest tego mnóstwo! Raz więcej, raz mniej.
Nie chodzi o wielkie emocje, często drobnostki, takie właśnie uświadomione potrafią dać nam o wiele więcej.
Wiele do myślenia dały mi warsztaty, w których miałam przyjemność ostatnio brać udział, ale o tym chciałabym napisać więcej innym razem.
Od strony kulinarnej, bo bądź co bądź, blog z założenia i taki jest ;)
W pracy zupki chińskie się kłaniają, niestety jedzenie z "Zielonej Drogi" mi nie służy, a szkoda, bo oddalona o kilka kroków od mojego wydziału i obecnego miejsca pracy jest.
Dbam o ciało, braki w stałych porach posiłków staram się nadrabiać sokami warzywnymi i choć późno zawsze coś tam zjem w domu.
Choć są to raczej monotonne twory, to jednak wiem, że mi służą...
tak więc listopad obfitował w warzywka na parze i posiłki, które przygotowywała siostra ( dobrze czasami mieszkać z rodzeństwem;)jak zapiekanki przeróżne, dania jednogarnkowe - dużo, dużo soczewicy się jadło jakoś w listopadzie, czy tak jak dzisiaj pizza z resztek lodówkowych, ale na pełnoziarnistym spodzie.
Bo to małe "ale" potrafi właśnie czasami wiele zmienić
zarówno w posiłkach jak i w życiu.
Ot co! ;)
A koniec listopada i początek grudnia mam nadzieję spędzić w Łodzi, przy mojej beloved przyjaciółce. Tak dawno się nie widziałyśmy, że chcę koniecznie znów ją przytulić :)
No i doszły mnie słuchy, że została otwarta w Łodzi knajpka wegańska, więc mam nadzieję, że również tam dotrę i na pewno zdam relację! :)
Dzisiaj też tylko soundtrack (jakże słodki!;), gdyż jedząc koło 21 nieco źle się fotografuje, a zdjęciami zupek chińskich nie chciałam was raczyć :D
Godzina 16:00, a za oknem już noc.
Od jakiegoś tygodnia zaczęła się moja najmniej ulubiona pora.
Słoneczna, złota jesień, którą kocham bardziej niż jakąkolwiek inną porę roku przemieniła się w to, co nie potrafię nawet ująć słowem. blech.
Za tym idzie ciężkie wstawanie rano i w moim przypadku męczące wahania humoru i jakiś taki niepokój w sercu.
Najchętniej usiadłabym z kubkiem kakao i oglądała stare czarno-białe horrory i filmy science-fiction i nie robiła nic poza tym.
Ale tak być nie może!
O ile wcześniejszy brak czasu mogę tłumaczyć serio totalnym zawrotem głowy, to teraz, gdy od jakiegoś czasu panuje spokój, moje wyrzuty sumienia z powodu braku chęci nawet na gotowanie są jak najbardziej uzasadnione.
I dobrze, że je w ogóle mam.
Bo to jeszcze w jakimś sensie napędza mnie do gotowania codziennych obiadów i wychodzenia gdziekolwiek.
Lubię być w Olsztynie, mam tu swoje zajęcia i nie siedzę bezczynnie w domu - nawet gdybym chciała, to nie da rady ;) ale chwilami chciałabym mieć za drzwiami, za oknem swój mazurski, wiejski krajobraz, który mam w domu.
I jeszcze kilka znajomych twarzy wokół, kilka starych miejsc i jeszcze kota i psa.
Akomodacja jesienna trwa i miejmy nadzieję, że przebiegnie jak co roku szybko i sprawnie, nie pozostawiając po sobie śladu.
Chyba stanowczo też wolę być w biegu.
Tak. A póki co jednym z celów jesiennych jest wykorzystanie na maksa dostępnych sezonowych warzyw i owoców i tanie gotowanie. Na szczęście jedno z drugim się wiąże, a bogactwo lokalnych warzyw wciąż na nowo zachwyca.
Szkoda, że tak mało osób zdaje sobie z tego sprawę i gdy królować na stole powinny teraz buraczki, marchewka, papryka, jabłka, śliwki i inne pyszności w najróżniejszych i zaskakujących formach (!), to większość ludzi pozostaje przy dawnych, szarych schematach i to zazwyczaj przez cały rok.
A gotowanie na bazie naszych rodzimych warzyw potrafi być takie proste, zaskakujące.
Tak jak poniższy garnek pełen słońca.
Prosty i starczy zapewne na co najmniej dwa obiady.
I kto by pomyślał, że burak kocha się w Indiach. ;)
Potrzebujemy:
+ dwie szklanki soczewicy zielonej
+ szklanka makaronu (opcjonalnie. Ja użyłam, bo chciałam wykorzystać zalegającą resztkę)
Najlepiej najpierw nastawić sobie soczewicę i makaron, by sobie powoli bulgotały. W tym czasie kroimy marchewkę, buraczki, ziemniaki w dosyć drobną kosteczkę. Cebulę jedną w kostkę, drugą w krążki i pomidory w kostkę.
Rozgrzewamy w dużym garnku oliwę z oliwek ( śmiało nieco więcej) i wrzucamy pokrojone ziemniaki i marchewkę i po chwili cebulę.
Smażymy je kilka minut, cały czas mieszając, gdyż lubią się przypalić.
Teraz wrzucamy buraczki i pomidory zakrywamy garnek pokrywką, by wszystko puściło soki.
Gdy już puści, zdejmujemy pokrywkę i mieszamy, mieszamy aż większość płynu wyparuje.
Teraz możemy dodać soczewicę i makaron.
Zapewne idealnie nada się też wszelka kasza, której chcemy się akurat pozbyć ;)
Mieszamy raz, dwa razy i voila! obiad gotowy!
Podajemy z jakąś surówką, sałatką, kapuchą.
Powstało także smarowidło do kanapek. Cieciorkowo-fasolowe.
Banalnie proste: gotujemy cieciorę i fasolę, blendujemy z odrobiną sosu sojowego, oliwą i dowolnymi przyprawami ( w moim przypadku standardowe trio : curry, pieprz, bazylia) i tyle...
A zdjęcia są jakie są, o ile brak dziennego światła od biedy mogę jakoś znieść, to brak normalnego aparatu już nie bardzo. Jedno z drugim daje właśnie taki efekt. Jakże jesienny! :)
Do posłuchania dzisiaj coś, co zawsze będzie kojarzyło mi się z początkiem jesieni, przy pierwszych dźwiękach budziło szeroki uśmiech, podnosiło na duchu i wołało do nałożenia kaloszy i wyjścia z domu, poznania jeszcze i jeszcze więcej świata i ludzi. :)