Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozkminy życiowe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozkminy życiowe. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 1 grudnia 2014

D.I.Y Jogurcik roślinny

Nadal leżę i choruję, ale już przynajmniej ogarniam co się dzieje wokół mnie, mogę rozmawiać, pisać, oglądać - jupi!
Choć przez pierwsze dni byłam jak takie leżące warzywko zdana na pomoc i obiady pana Selera, to od kilku dni znowu staram się działać w kuchni.
Zrobiłam zakupy w vegekoszyku - sery i jogurty, te ostatnie z bakteriami probiotycznymi, co jest teraz dla mnie  szczególnie ważne, by odbudować sobie nieco florę bakteryjną. Wiem, że niektóre roślinne jogurty dostępne np. w stacjonarnych sklepach nie posiadają czasami takowych, co dla mnie osobiście mija się z sensem jedzenia jogurtów i smak już też jakiś taki "niejogurtowaty". W każdym razie jedząc właśnie taki jogurcik z pyszną cynamonową owsianeczką pomyślałam sobie, że to nie może być aż takie irytująco trudne, by zrobić go samemu - wiecie, taki gęsty, świeży jogurt, nieco kwaskowaty, zamknięty w słoiczku... mmmm! Pamiętałam jak znajomy opowiadał, że robi swoim dzieciom sam jogurty ( co prawda na bazie mleka krowiego), dawno temu przeglądałam mnóstwo rad, szukałam w sieci bakterii probiotycznych i w końcu z tego wszystkiego dostałam bólu głowy i sobie odpuściłam temat ( wcinając na florę bakteryjną żołądka kiszonki maminej roboty:)
Tym razem jednak, mając sporo czasu i mając na uwadze, że jestem na obrzydliwych antybioksach, które totalnie wyjaławiają mój organizm, postanowiłam wziąć sprawę w swoje ręce, mając jednocześnie gdzieś tam w głowie milion rad na ten temat oraz informację z lekcji biologii w podstawówce - bakterie w sprzyjających warunkach się rozwijają.
Zakładając, że mleko posiada super warunki dla tychże pracowitych bakteryjek ( no bo przecież dobrze im tam, wcale nie zanosi się, by chciały się stamtąd wyprowadzić! ) sprawa stała się jaśniejsza. ;)

Składniki:
-mleko roślinne ( na początek najlepiej sojowe)
-kilka łyżek roślinnego jogurtu z bakteriami probiotycznymi
-słoik
-koc
-gazeta

Tak, dobrze przeczytaliście powyższy skład, co oczywiście nie oznacza, że będziemy zagęszczać mleko ekstraktem z koca ;)
W zależności jak duży mamy słoik ( ja miałam taki po ogórkach, niecały litr się tam chyba mieści) wlewamy odpowiednią ilość mleka do rondelka. Odpalamy kuchenkę i podgrzewamy powoli mleko, nie może się ono zagotować, powinno być bardziej letnie :) i parować. Wyłączamy kuchenkę lub pod koniec podgrzewania dodajemy kilka kopczastych łyżek gotowego jogurtu ( tak na oko powinna to  być ilość małego kubeczka jogurtu, czyli około 130g). Mieszamy jeszcze chwilę, aby jogurt z mlekiem się w miarę połączyły i przelewamy wszystko do dużego słoika.
Słoik szczelnie owijamy gazetą, otulamy kocem i kładziemy pionowo na ciepły kaloryfer.
Teraz mamy wolne, bo słoik powinien tam stać około 10-12 godzin lub po prostu całą noc.
Teraz, gdy kaloryfery grzeją są to idealne warunki, przyznam się jednak szczerze, że jeszcze nie wiem jak rozwiązać tę sprawę w okresie przejściowym tzn. gdy na zewnątrz zimno, a administrator budynku stwierdzi, że już i tak nie warto grzać. Jest coś takiego jak jogurtownica, które można w miarę tanio kupić chociażby na słynnym portalu aukcyjnym, ale to jest sprawa do przemyślenia. Tu i teraz chciałabym pokazać sposób najprostszy, który nie wymaga żadnego specjalistycznego sprzętu itd.
Wracając po około 12h, rozbieramy jogurt z koców i gazet i wstawiamy go na kilka godzin do lodówki. W tym momencie zacznie się on rozwarstwiać, a na samym dole będzie najgęstsza część - czyli pysznusi, gęsty jogurt!
Po kilku godzinach wyciągamy słoik z lodówki i całą zawartość przelewamy albo do bardzo, bardzo, bardzo drobnego sitka albo do gazy i tak zostawiamy na około 30-40 minut ( w zależności jaką macie cierpliwość ) aż wszystko co ciekłe sobie skapnie.
I w ten sposób zostaje nam tylko i wyłącznie świeży jogurt roślinny! :))
Taki jogurt w szczelnym słoiku można przechowywać w lodówce na lajcie około tygodnia.
I wiecie co jest najlepsze?
to, że to był ostatni raz kiedy musieliście kupować jogurt, ponieważ wasz domowy jogurt jest teraz zaszczepiony bakteriami i przy następnym razie wystarczy, że odłożycie sobie kilka łyżek, by zaszczepić nią kolejną porcję mleka - tak w kółko :)
Taki jogurt możecie dowolnie przyprawiać - na słodko, z wanilią, z cynamonem, zmiksowany z owocami, ostro: z papryką, czosnkiem (!) , w formie tzatziki lub po prostu saute ;) Możliwości jest nieskończona ilość.
Jogurt sam w sobie ma wspaniały...jogurtowy smak :), nieco kwaskowaty, orzeźwiający, co mi na przykład przywodzi na myśl moje dawniej ulubione jogurty greckie. Idealne jako baza pod dowolne kombinacje!

Teraz troszki praktycznych informacji. Jeżeli chodzi o mleko: póki co robiłam jedynie z mleka sojowego i to takiego:

Ma ono super skład, bo zawiera jedynie ziarna soi i wodę. Jednakże takie rossmannowe, które też ma bardzo spoko skład również jak najbardziej się nada, inne tak samo. Jeżeli chodzi o biedrowe mleko, które jest najbardziej dostępne ze wszystkich ( zdaję sobie z tego sprawę, bo również u mnie gości ono najczęściej na stole), to jeszcze nie próbowałam jak bakterie probiotyczne się w nim zachowają, ale jakoś tak myślę, że nie powinno być z tym większego problemu, ponieważ mleko to samo w sobie posiada dodatki, które są odpowiedzialne są konsystencję :)
Inne mleka - orzech laskowy, owsiane i przede wszystkim migdałowe również czekają w kolejce. Mam obawy co do ryżowego ponieważ odnoszę wrażenie, że może być nieco za wodniste.
Pamiętajcie jednak też, że ilość mleka do ilości porcji jogurtu jest kluczową kwestią jeżeli chodzi o konsytencję. Im mniej mleka/im więcej kultur bakterii tym gęstszy jogurt i na odwrót.

Tak sobie jogurt kapał do miski:

Jogurt <3




Z informacji innych, to serdecznie polecam wam batoniki ZmianyZmiany :) Są one obecnie niedostępne w Olsztynie nad czym bardzo ubolewam, ale mam nadzieję, że pojawią się lada moment. Póki co pan Seler zwozi mi różne smaki ze swoich wojaży. Wypróbowałam już Aloha, przede mną jeszcze Lewy Sierpowy, ale póki co moim ulubionym jest Kosmos!
ZmianyZmiany oprócz tego, że są obłędnie pyszne, to  też fajna inicjatywa. Wegańskie, bez glutenu, zdrowe o prostym składzie - ZmianyZmiany pokazują, że to wszystko razem wzięte może być po prostu bardzo dobre! A to tego wspierają inicjatywę Otwarte Klatki, co dodatkowo poszerza świadomość o głównej idei weganizmu. Nic tylko się zajadać!



Z mniej słodkich rzeczy: od około dwóch tygodni znów piję czystek, z racji choroby parzę sobie kilka czajników dziennie i tak sobie popijam - na gorąco, na letnio, na zimno. Czystek jest bardzo spoko. Odkryłam go, gdy aż dwóch członków mojej familii zachorowało na boreliozę. Niestety, na Warmii i Mazurach pełno jest kleszczy. Zaczęłam poszukiwać naturalnych alternatyw na tę okropną chorobę i w ten sposób natknęłam się na zioło czystka. Wyczytałam, że w Niemczech zaleca się jego picie leśnikom, którzy są szczególnie narażeni na ukąszenie przez zarażonego kleszcza.
W tym momencie już biegłam do zielarskiego po opakowanie ;)
Oprócz tego doszło, że czystek wypłukuje z nas wszystkie toksyny, nawet metale ciężkie, poprawia odporność ( tu sprawdzę to dokładnie po odstawieniu antybiotyków, które szczególnie ją niszczą ) iii można by tak wymieniać bez końca. Tutaj możecie przeczytać więcej.
Ja póki co mogę powiedzieć, że najprawdopodobniej super oczyścił moją cerę. Od jakiegoś czasu borykam się z różnymi wypryskami, szczególnie na czole. Po tych dwóch tygodniach cera stała się jakaś taka wypoczęta, czyściutka i jednolita.
Czystek ma dodatkowo spoko smak, ot taka ziołowa herbata do popijania.
Naprawdę go wam polecam!



ach, i soundtrack na dziś :) Zima jest super, tęsknię za latem, a może jedynie za beztroską, która ma jego twarz ?


środa, 31 lipca 2013

Letnie desery , słowa i obrazy

Lato przemyka między palcami nieubłaganie, chwilami już wyczuwam w powietrzu jesień i choć szkoda mi upałów i żarzącego słońca to ten jesienny powiew wiatru pojawiający się co jakiś czas budzi we mnie dreszczyk szczęśliwego niepokoju. Wrześniową jesień uwielbiam, tę słoneczną, ze sztormem, spadającymi kilogramami liści i wzburzonym jeziorem o kolorze błękitu pruskiego.
Tymczasem gdy akurat nie pracuję i nie wracam wieczorem do domu, to gotuję i piekę, troszkę tęsknię za czasami, gdy w każdej chwili miałam czas, by upiec co najmniej drożdżówkę z jabłkami. Dorosłość, proszę państwa :D Ale ogarniam się, ogarniam powoli. I dobrze. Przez ostatnie kilka miesięcy ogarniania się, a szczególnie ostatni miesiąc miałam przy sobie cudownego pana Selera, który zawsze dbał o dobrobyt mojego brzusia, gdy ja nie miałam akurat czasu ♥.  Te czasy póki co się kończą, bo pan Seler opuszcza moje mieszkanie. Choć między nami szepnę, że mam nadzieję, że nie końca, gdyż przeprowadza się jedynie ulicę dalej ;)
Jestem też już od miesiąca w nowym mieszkaniu, pokój oceniam na już urządzony i przyzwyczajam się do mieszkania na stancji, dzielenia łazienki z trójką innych ludzi. Przez większość studiów miałam to wielkie szczęście mieszkać jedynie z siostrą i miałyśmy calutkie mieszkanie tylko dla siebie. Ale nie narzekam! jest super, w samym sercu Olsztyna, gołębiami na balkonie i zapleczem kuchennym restauracji w podwórzu - istne china town! :)
Odwiedziłam też w lipcu Lubiąż, a dokładniej Slot Art Festival, zakochałam się i chcę wracać tam co roku. Tylu wspaniałych ludzi, cudowna atmosfera, muzyka, miejsce i milion rzeczy, których jeszcze nie znam, ale chciałabym poznać.


Ostatnio, a w sumie to już jakieś 3 tygodnie temu byliśmy z panem Selerem w moich rodzinnych stronach. Z tej okazji kupiliśmy, a raczej pan Seler kupił super ekstra wino z francuskich wzgórz oraz upiekliśmy, a tak naprawdę to ja upiekłam ;) ciasto z musem truskawkowym. Były to wtedy chyba już ostatki truskawek. CZEMU TAK KRÓTKO?! pytam się co roku.

A ciasto wyglądało tak:






A robi się je tak:

Składniki:

BISZKOPT
-2 szklanki mąki
-1 szklankę cukru
-1 łyżkę proszku do pieczenia
-1/2 szklanki oleju
-1 szklanka sojmleka



BUDYŃ:
-2 opakowania budyniu waniliowego
-3 szkl. mleka
-2 łyżki cukru

MUS TRUSKAWKOWY:
-ok. 700 g truskawek
-5 łyżek cukru,
-1/2 łyżeczki agaru

Zaczynamy od biszkoptu. Miksujemy ze sobą wszystkie składniki, nastawiamy piekarnik na około 200 stopni i pieczemy aż ładnie zbrązowieje ( około 0,5h). Następnie przyrządzamy budyń. Od podanej ilości mleka odlewamy 1/2 szklanki i w tej szklance mieszamy proszek budyniowy. Resztę mleka gotujemy, gdy już prawie będzie wrzało wlewamy rozpuszczony budyń i gotujemy aż mocno zgęstnieje. 
Teraz zarówno biszkopt jaki i budyń studzimy. Gdy i jedno i drugie ( z naciskiem na biszkopt!) będzie chłodne ścinamy na równo górę biszkoptu jeżeli jest taka potrzeba, a zazwyczaj jest i rozsmarowujemy budyń. Odstawiamy na bok. Teraz najważniejsze - mus. Truskawki oczywiście najpierw czyścimy, następnie miksujemy blenderem na gładką masę i wrzucamy do garnka. Podgrzewamy zmiksowane truskawki w międzyczasie dodając cukier, gdy ten się rozpuści, dodajemy agar i gotujemy jeszcze kilka minut aż ten się rozpuści. Ciekłym jeszcze musem zalewamy górę ciasta, gdzie jest już budyń i odstawiamy w chłodne miejsce do całkowitego ostygnięcia musu.

Gotowe! :)
Było trochę nerwów, gdyż wcześniej nigdy za bardzo nie bawiłam się agarem. Koniec końców na szczęście był pyszny.
A mus sam w sobie jest cudowny, można go jeść prosto z pucharka, dodać taką warstwę do tortu, w dalszych wariacjach wyjść z tego może pyszna truskawkowa lub inna owocowa panna cotta - to mój kolejny plan, ach! opcji jest mnóstwo i można śmiało eksperymentować.

A teraz historia pewnego ciepłego wieczoru...

TARTA WANILIOWO - BRZOSKWINIOWA

Składniki:

SPÓD:
-2 szklanki mąki
-1/3 szklanki oleju
-kilka łyżek wody
-opcjonalnie rozkruszone migdały

MASA:
-2 szklanki mleka roślinnego
-3-4 łyżki cukru
-około 0,5 szklanki kaszy manny
-kilka kropel aromatu waniliowego
-4 łyżeczki mąki ziemniaczanej

+ puszka brzoskwiń lub kilka świeżych

Przygotowujemy ciasto do tarty po czym odstawiamy je na około pół godziny do lodówki. W tym czasie zabieramy się za masę.
1,5 szklanki mleka wlewamy do garnka, dodajemy cukier i aromat. Do reszty mleka (0,5 szklanki) dodajemy mąkę ziemniaczaną i dokładnie mieszamy, najlepiej widelcem, aby dobrze pozbyć się grudek. Mleko w garnku podgrzewamy aż rozpuści się cukier, nie czekamy aż się zagotuje - gdy zobaczymy, że zacznie parować możemy dodać mleko wymieszane z mąką ziemniaczaną i po chwili także kaszę manną, ale stopniowo! by uniknąć grudek. Całość jeszcze chwilę podgrzewamy na małym ogniu, cały czas mieszając, gdy zacznie gęstnieć i przyjmie ostatecznie konsystencję gęstego budyniu, zdejmujemy z ognia i ostawiamy do ostygnięcia.
Ciasto na spód tarty w tym czasie wykładamy do formy i pieczemy w temperaturze 180 stopni około 30 minut i także zostawiamy do ostygnięcia.
Następnie wykładamy zimną masę na zimny spód, układamy ślicznie brzoskwinie i zajadamy w miłym towarzystwie.




A tu kila obrazów lipcowych...

ukochane Cafe Cynamon na Slocie

Bańki, bańki!




Jeden z lipcowych obiadów - zielone risotto z groszkiem, marchewką i szpinakiem, kapucha oraz kotleciki z kaszy jaglanej.


Nieodłącznym elementem nowego mieszkania jest kot, królowa śpiąca pod baldachimem i będąca w centrum wszystkich spotkań towarzyskich, rozmów między mieszkańcami i życia codziennego każdego z nas. Proszę państwa oto Tutka. Rozpieszczona złośnica, ale czasami aż trzeba ją przytulić.
Choć najczęściej wtedy akurat nie chce.




Nowe widoki....







i ♥

  









środa, 19 czerwca 2013

powróciłam z truskawkami - oczywiście.

Długa, oj, długa ta moja nieobecność tutaj była. Głupio mi, choć przyznaję, że fajnie jest, gdy życie wirtualne nie jest priorytetem.
Na głowie sesja, zaliczenia, praca, praca i jeszcze raz praca oraz nadchodząca przeprowadzka, więc gdy już złapię oddech to wolę oddychać świeżym, letnim powietrzem gdzieś nad jeziorkiem niż tym prosto z blokowiska lub jeszcze gorzej tym pokojowym, nierzadko zawierające aromatyczny zapaszek kociej kuwety i sierść tegoż samego zwierza :D
Ach! mniejsza o to! Nie będę się rozdrabniać, tłumaczyć, opisywać co i jak się wydarzyło. Podejrzewam, że   z czasem coraz częściej prawdziwe życie będzie mnie bardziej pochłaniać. W sumie to fajne, dreszczyk niepewności, jakiś tam nowy etap w życiu, nic nie możesz zaplanować, ale wiesz, że będzie cudownie :)
Choć przyznaję, że brakuje mi nieco gotowania dla samego gotowania, dla przyjemności, eksperymentu, smaku i odprężenia w spokoju, bez pośpiechu.
Trochę mało takich chwil ostatnio. Dokładniej mówiąc ostatnich kilka takich chwil miało miejsce w majówkę, w przytulnym mieszkanku w Gdańsku. Były to chwile, które już znalazły stałe miejsce w naszych głowach, bo stały się początkiem czegoś ciepłego, otulającego serducho ... no i żołądki ;)


Mimo wszystko jemy,a w kuchni dzieje się stosunkowo dużo, może nie codziennie,ale! odruchem bezwarunkowym stało się już robienie fot powstającemu jedzeniu, więc dokumentacja jest, ale kto spamięta te wszystkie przepisy? często powstające na totalnym fristajlu.
Tak się też życie ułożyło, że mniej więcej od półtora miesiąca gotuję razem z panem VeganBestSelerem :) Także gdzie blogerów dwóch tam żarcia pysznego mnóstwo, postów za to brak - namawiamy się nawzajem do wzięcia w garść!


No więc tak... pojawiły się  truskawki w międzyczasie, prawda? i rabarbar mój ukochany.
Powstał tort na vegan bruncha.
Kilka ciach rabarbarowym, tych najzwyklejszych, świeżych, lekko kwaśnych i orzeźwiających.
Trwa lato, totalne! Ostatnio niewiele go odczuwam, bo jestem kilka godzin w ciągu dnia zamknięta w czeluściach sklepu plastycznego, ale lato jest, ewidentnie je czuć w powietrzu także wieczorami, gdy dodatkowo wszystko co kwitnie zaczyna jeszcze intensywniej pachnieć.
Do tego dochodzą posiłki na balkonie! ♥ nawet ten post powstaje na świeżym powietrzu z dobrym kawałkiem ciasta i bezalkoholowym piwkiem pod ręką :)

Latem ogólnie tęsknię za lekkim, rześkim jedzeniem. Powrócę więc minimalistycznie, ale pysznie. Tak jak powinno być pod koniec czerwca.
Ostatnio pół dnia marzyłam o najzwyklejszym makaronie z truskawkami.
Ugotowaliśmy pełnoziarnisty makaron, przygotowaliśmy truskawy, myjąc je i przecinając na pół.
Do tego powstała śmietanka z nerkowców i słonecznika, właśnie taka szybka i spontaniczna.

Do jej przyrządzenia potrzebowałam:

-3/4 szklanki mleka roślinnego
-1/3 szklanki nerkowców
-sporą garść słonecznika
-aromatu waniliowego i/lub startą wanilię
-cukru
-1,5 łyżeczki soku z cytryny
-łyżki oleju

Wszystko wrzucamy do jednego pojemnika i blendujemy aż wszystkie ziarna będą totalnie zmielone.
Według uznania możecie dodać więcej lub mniej cukru, więcej wanilii lub zupełnie ją pominąć lub na przykład zastąpić aromat waniliowy aromatem śmietanowym, dodać truskawki lub inne owoce. Róbcie z tym co chcecie!
Makaron standardowo posypujemy świeżymi truskawkami, polewamy śmietanką i delektujemy się w promieniach słońca.

:)





słoneczne obiady ♥


A słodkie tło kulinarne dzisiejszego wpisu sponsoruje pyszny Piegus według I Can't Believe It's Vegan :) Wypróbujcie! jest tak samo pyszny jak prosty do zrobienia.




piątek, 12 kwietnia 2013

Wiosenne otulanie

Czyli zrób sobie, Daggi dobrze na wiosnę.
Inni w tę porę roku zaczynają się odchudzać, ja swoje odchudzanie mam już za sobą, a to za sprawą kilku nerwowych i stresujących tygodni spędzonych głównie z przylepionym do dłoni kubkiem kawy i wzrokiem wbitym w monitor, gdzie widniał powoli, bardzo powoli posuwający się pasek renderującego się projektu wideo.
Złośliwość rzeczy martwych. Przywykłam. Choć nerwów milion, to na pewno uczy to cierpliwości.
W każym razie kilka terminów się przesunęło i postanowiłam otrząsnąć się, zrobić sobie dobrze i tak, przytyć.
Kupiłam dwie torby owoców, jarmuż, czekolady i milion innych pysznych rzeczy i pozwalam sobie na wszystko w nadmiarze i o każdej porze dnia i nocy, aco! ;)
Poza tym ruszam się - wsiadam na rower, chodzę o kilku dni znowu najwięcej jak się da i... od razu zaczynam się czuć sobą, a co najważniejsze dobrze we własnej skórze.
Najfajniejsze są jednak dni, gdy nie muszę wstawać o 6 rano i mogę sobie pozwolić na długie śniadanie, które przecież poza tym, że jest fajne, gdy jest leniwe i długie, jest najważniejszym posiłkiem w ciągu dnia!
Wykorzystałam więc dwa ostatnie poranki w ten sposób.
Poza tym... są też dni, gdy potrzebujemy, ba! wręcz żądamy słodkości.
No więc ja ostatnio żądałam i zaserwowałam sobie na śniadanie najsłodszą rzecz jaką ostatnimi czasy jadłam  - naleśniki, których mistrzynią absolutnie nie jestem i wiecie o tym, wyczaruję wam torta wegańskiego, ale z naleśnikami zaprzyjaźnić się jakoś nie mogę. A może podwyższam sobie poprzeczkę? Najlepsze naleśniki, na dodatek z mąki gryczanej jadłam kilka lat temu u kolegi, który był absolutnym mistrzem w tej dziedzinie :D
W każdym razie grzecznie ćwiczę no i w zasadzie coraz lepiej jak na moje własne, krytyczne oko mi to wychodzi.
Dzisiejszy post będzie też bardziej relacją. Nie będzie konkretnych przepisów, za to mnóstwo zdjęć, które moim zdaniem często działają równie motywująco.
A przecież blog z założenia ma pokazać, że można jeść wegańsko codziennie i bez większych problemów.
O czym świadczy chociażby to, że ostatnie tygodnie jadłam obiady głównie poza domem... ale o tym akurat chcę jak najprędzej zapomnieć, bo nie jestem tego wielką wielbicielką. No, w każdym razie na pewno nie w Olsztynie, bo burgerem w Krowarzywie w Wawie albo vegan kebabem tutaj w Berlinie bym nie pogardziła ;))




parara-pampam! Naleśniory. Robicie ciacho według własnego sposobu, podsmażacie z jednej strony, odwracacie i kładziecie w zależności od potrzeby ;) jakąś tam ilość czekolady i owoców. U mnie było to kiwi i jabłka, które później miały posmak pieczonych.
Można posypać cynamonem.
Zawinąć, złożyć i jeść!
Trzyma cały dzień i jest do obrzydzenia cudownie słodkie :D



Poza tym powstał dzisiaj pierwszy od długieeego, długiego czasu hummus.
Osobiście jestem zdania, że ciecierzyca jest genialnością tego świata, a hummus właśnie największym osiągnięciem ludzkiej cywilizacji. :)
Mogę jeść łyżkami i nie przestawać.
Przepis pochodzi  od Jadłonomii i jest faktycznie hummusem idealnym.
I nawet jeżeli nie macie pod ręką aż takiej ilości tahini, to i tak wychodzi najlepszy! 




I oczywiście koktajle zielone, które są podstawą, gdy chcemy się nieco odżywić no i poza tym biją na łeb wszystkie inne koktajle.
A. No i kolorki mają boskie :)
Tutaj: jarmuż + kilka pomarańczy + reszta drylowanych wiśni i pochodzący z nich sok.

Piszę tego posta  ( znowu!) na szybko, bo zaraz uciekam na spotkanie koła naukowego na temat seksualności nieoczywistej. Odwiedzą nas dwa artyści tworzący w nurcie gay artu - Tomasz Kawszyn i Tomasz Rogaliński. Obczajcie sobie ich prace! Świetne są!
W każdym razie mamy taką, co prawda młodą jeszcze, tradycję, że na każde spotkanie przygotowujemy mały wege/ głównie wegan bufet.
Drożdżówki są mega, bo szybko się je robi, są sycące i dużo jej wychodzi.
Poza tym można położyć na wierzch co dusza zapragnie.
Tym razem jabłka z kiwi i wiśniami - po koktajlu :)
I pełnoziarnista kruszonka!


I tak, kochani... już wspominałam o dniach żądzy za słodyczami.
Myślę, że głównie żeńska część publiczność doskonale to rozumie. :D
Weganki mają nieco ciężej, no... z pozoru. Bo przecież zazwyczaj nie pójdziesz do pierwszego lepszego spożywczaka po batonixa. No, jeżeli cofnąć się o kilka lat, to faktycznie obecnie jest to bardziej prawdopodobne, ale i tak preferuję domowe sposoby.
I tutaj idealnie sprawdzają się najzwyczajniejsze owoce w czekoladzie. :)


 Zrobiłam także dzisiaj w nocy pralinki na urodziny mamci.
Takie prezenty d.i.y na dodatek ładnie opakowane mnie osobiście cieszą najbardziej ... widać ile serca, miłości i myśli zostało w takie cacko włożone.
Niewiele, a cieszy  i smakuje.
Czekoladki nadziane zostały wiśniami zanurzonymi w rumie - to co mamcia lubi najbardziej! :)




Dzisiaj tak jak zimą, wołamy wiosnę.
Tańcem słońca.
Już ją czuję.
Szemrze kojąco pod skórą.
W okolicach mostka i w nadgarstku. Lewym.
Wisi w powietrzu, pachnie i cieszy.










środa, 20 lutego 2013

dźwięki i obrazy...

...i ludzie towarzyszący mi w życiu, czasami krótko, czasami dłużej, często sprawiają, że drżę wewnętrznie. Nie ze strachu, ale ze wzruszenia, jakiejś wdzięczności (?). Ciężko mi to określić. Być może to  jest właśnie "ta" wrażliwa dusza artystki, która płacze przy pięknych dźwiękach i gdy coś lub ktoś serce porusza.
Ooo - jej...

Szczerze?

Otóż stan taki jak najbardziej bywa inspirujący. No właśnie ... bywa.
Łatwo staje się także irytujący i w głębi duszy prosisz, by to się już skończyło.
Skończy się.Minie.
Albo samo - patrząc kilka dni w okno albo poprzez swoistą terapię - uważnie wsłuchując się w siebie, w to co masz sobie samemu do powiedzenia.
Tworzenie staje się wtedy mozolne, powolne czuć tylko autentyczny fizyczny ucisk, w miejscu gdzie jest to faktyczne fizycznie istniejące serce.
Tak więc trzeba wtedy bardzo uważać jak wykorzystać ten czas "drżącego serca".
Tylko za bardzo się nie skupiaj na samym czuciu. Jest to czas wzmożonej wrażliwości na wszystkie bodźce wokół, ale także czas myślenia. Absolutnie o wszystkim - od chłopaka lub dziewczyny po problemy społeczne na świecie.
Nic nie rób pochopnie. Wrażliwość często potrafi obniżyć pewność siebie ( nie pozwól na to!)
Niech to będzie spokojny czas.
Spójrz na wszystko z dystansu.
W takich chwilach, jeżeli mowa o twórczości, łatwo zahaczyć o kicz i stać się infantylnym - tak samo w życiowych decyzjach, więc być może czasami decyzje i samo tworzenie odłożyć na później.
Bo przecież to w rzeczywistości takie śnienie na jawie.
Dzisiaj na wykładzie z filozofii usłyszałam, że człowiek z czasem przestaje marzyć, więc wykorzystajmy to produktywnie...
Zapisać, zanotować, rozrysować i... odłożyć na bok.
Wrócić do tego, gdy ten wrażliwiec w końcu z nas wyjdzie i spojrzeć z boku, ocenić, co też on tu wymyślił.
Przekształcić i... do roboty!

Tak często wygląda proces twórczy.
Nie potrafię tego nazwać inaczej niż jakimś weltszmercem.

Ale tak też często wygląda okres tzw. poeventowy, powystawowy.
Gdy coś się kończy, a drugie się jeszcze nie zaczyna.
Pewnego rodzaju zawieszenie w czasoprzestrzeni.
Ubierz się kokon i uciekaj od rzeczywistości

albo wręcz przeciwnie... do ludzi!

Tak!

Ostatni miesiąc (dwa... trzy?) spędziłam na organizowaniu wystawy strojów artystycznych z moją grupą artystyczną Fałdami.
Wyszło z tego niezłe multimedialne show!
Przyszło mnóstwo ludzi.
Niesamowicie wdzięczna jestem ( oprócz na pierwszym miejscu nam wszystkim jako grupie;) vjowi i djowi, którzy wsparli nas wizualizacjami i muzyką.
Bez tego to absolutnie nie byłoby to samo!
Uwielbiam taką współpracę.
Połączenie różnych ludzi, różnych sposobów ekspresji w jeden projekt.
I za każdym razem dostrzegam jak wiele siły i radości daje mi organizowanie takich imprez.
Mimo stresu i nerwów jest wciąż coś do zrobienia, załatwienia, ogarnięcia.
Poznaję nowych wartościowych ludzi, rozmawiam, dyskutuję, piszę, tworzę, a potem pokazuję to światu.
Lubię to, naprawdę lubię i... najwidoczniej tego potrzebuję.
Biegam wtedy szczęśliwa, mam tony energii, uśmiecham się i promienieję.

A gdy nagle z dnia na dzień tego brakuje, to kończę właśnie tak.

Ale właśnie może ten czas spokoju i zadumy jest potrzebny. Ba! jestem pewna, że jest, choć się strasznie przed tym bronię teraz i jak na złość znajomym staram się ich wciąż gdzieś wyciągnąć ;)
Ale... minęły trzy dni a ja poznałam tyle nowej muzyki, filmów... narysowałam kilka projektów, które chciałabym zrealizować i zauważyłam jak bardzo stęskniłam się za sztuką audiowizualną.
Jest dobrze, będzie dobrze i jeszcze lepiej.

Kulinarnie przez te kilka dni jest nieco słabiej
Okazuje się, że gdy już przystosuję organizm do stresu i biegania wszędzie, to nawet potrafię ugotować niebanalny obiad z dwóch dań i z deserem.
A teraz błądząc gdzieś myślami w chmurach i jeszcze dalej w kosmosie stać mnie tylko na zielone smoothies,  gorzką czekoladę, jakąś surówę jako obiad i orzechy.
Choć to i tak jest jeszcze wersja pro leniwego żywienia ;)

Smoothie pomarańczowo-bananowo-szpinakowe.
I batiki i szmatki w całym pokoju, bo między myślami jest jeszcze czas na uszycia pufy :)

edit edit! jako, że mam kilka fot z wystawy autorstwa Krysi J, to psze bardzo.Dla potomnych ;)





I M. nasz manager, który nas tak pięknie wspierał. ♥




Dzisiaj grają mi w uszach jeszcze dźwięki z wystawy. Między innymi Murcof, który rozkochał mnie w sobie do reszty ♥



niedziela, 10 lutego 2013

Seleryba zaplątana w algach i inne historie

Część z was zapewne już kojarzy wspaniały przepis pochodzący z bloga Vegelicious.
Selerowe filety udające rybne robiłam pierwszy raz w święta, zrobiły furorę, ale osobiście uważam, że nie złapałam dobrze proporcji.
Dzisiaj kupiłam selera z zamiarem powtórzenia tego przepisu... no i zapomniałam przyprawy do ryb, ale to nic! Postanowiłam zaufać własnemu smakowi i jakoś skleić jedną z wersji tychże filetów.
Dodałam też do przepisu algi, co dodatkowo dodaje filetom tego charakterystycznego "morsko-rybiego" smaku i zapachu :)

Także tak jak według Vegelicious potrzebujemy:

-1 dużego selera
-ciasta naleśnikowego wg własnego przepisu;)
-przypraw... i tu ja użyłam : ziół prowansalskich, chilli, curry, soli, papryki słodkiej i pieprzu ziołowego
oraz:
-alg

Selera kroimy w plastry grubości około 1cm i gotujemy aż zmiękną.
Wyciągamy, lekko odsączamy i nacieramy mieszanką przypraw.
Następnie owijamy w algi, zanurzamy w cieście naleśnikowym i smażymy z obu stron.

I tak postępujemy z każdym plastrem.

Proste!


W ogóle ostatni tydzień był obfity w kucharzenie z radością i spokojem. ( Taki urok zdania wszystkiego przed sesją i 3-tygodniowych ferii ;))
Po Selerybie powstały double chocolate cookie muffins, czyli mega czekoladowe muffiny z nadzieniem czekoladowym i kawałkami herbatników...

iiii Tłusty Czwartek przecież też był! planowałam pączki - oczywiście. Kupiłam we wtorek wszystkie potrzebne składniki no i dostałam smsa od znajomej, że przecież bliska naszym serduchom promotorka, a w sumie to już bliska przyjaciółka ma urodziny i czy może zrobimy jej torta.
Jako że mamy dwóch wegan w pracowni ( ja + kolega :), to aby wszyscy się najedli podczas urodzinowego poczęstunku tort musiał być oczywiście wegański.
Wyszedł ach śliczny.
Z Funcikiem - naszym pracownianym pupilkiem jako zwieńczenie :D
Zdążyłam zrobić zdjęcie już jedynie połowie.



Funcik Funcik <3




 Tacy jesteśmy piękni! ;) A na środeczku prezent - Pan Klon , zamieszka niedługo w ogródeczku ;)

Zaś taki "swój" Tłusty Czwartek nadrobiłam jeszcze muffinami dla siebie i siostry, w piżamce z książką i kubkiem zbożowej.


Ugotowałam też w tym tygodniu ( aż wstyd się przyznać!) swoją pierwszą w życiu zupę ogórkową. Z niewiadomych przyczyn chodziła za mną kilka dni i w końcu musiałam ją zrobić :D


Lubię tak opowiadać poprzez obrazy. Weekend ten spędziłam znowu u rodziców w domu, idąc na spacer po zamarzniętym Niegocinie i nie mając przy sobie aparatu czułam się jak bez ręki. Mogłabym mieć aparat fotograficzny w oku, to byłoby cudo. Mniej więcej od kiedy ponad rok temu zrealizowałam projekt fotograficzny o nazwie 365 Days Project, zakorzeniła się we mnie potrzeba rejestrowania całej otaczającej mnie rzeczywistości i zapisywania jej za pomocą zdjęć.
Każda myśl może się łączyć z jakimś obrazem, czymś wizualnym.
Myśl na dziś jest dosyć prozaiczna, bo...
Serio, mogłaby być już wiosna.