Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szybki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szybki. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 24 marca 2013

Kotleciory warzywne

Ostatnio w kuchni za wiele nie powstaje, powstaje za to sporo poza kuchnią, a to za sprawą zbliżającej się wystawy.
W piątek postanowiłam się jednak w końcu nieco domowo odżywić. Z porządnym i pożądanym śniadaniem, obiadem i czasem na kilka oddechów. Było warto, bo popadałam w stres, a to niczemu w pracy twórczej nie służy, a tak mogłam spojrzeć na to ze zdrowej perspektywy i od razu wynikło z tego kilka dobrych rzeczy.
Pożądanych było dużo warzyw i taki OBIAD z prawdziwego zdarzenia. O, tradycjo! :D
Pożądane były więc jak najbardziej kotleciki warzywne.

Ugotowałam więc:

- jednego pokrojonego pora
-pół brokuła
-1/4 małego selera
-pół szklanki kaszy pęczak ( była też jako dodatek, ale stwierdziłam, że nieźle się będzie komponowała także tutaj, no a przy okazji zagęści nieco masę.)

Ugotowane warzywka potraktowałam blenderem, dodając bułę tartą i nieco mąki i przyprawy... sól, pieprz ziołowy, curry, bazylia, cumin  oraz dwie, surowe (!), starkowane marchewki.

Formujemy kotleciki i smażymy.
Prezentujemy domownikom z kaszą i surówkami.
U mnie była to biała rzodkiew ( ♥) z sałatą, marchwią i kawałkiem pora + czerwona kapucha.

Chciałabym jeszcze pozbyć się tutaj kilka rzeczy. Ostatnio tyle uśmiechu jest na mojej twarzy!
Ale obiecałam sobie poukładany weekend, bez zbędnego siedzenia przed monitorem, odpowiednią dozą pracy, a za to z szkicownikiem, muzyką i myślami, coby sobie nieco poukładać wszystko w główce :)
I porządną dozą snu!
No właśnie!





a mój pokój ostatnio przypomina skład czyściwa czerwonego i tak sobie siedzę i siedzę wśród tej czerwieni, c'nie? ;)
a podobno kolor czerwony wzmaga apetyt!



muzycznie dzisiaj nieco inaczej, ba! powiedziałabym niemalże, że jestem na bieżąco z wszystkimi hitami z Eski! :D
...ale spójrzcie na te kaczuchy!!! <3




Po wystawie obiecuję sobie iść potupać nózią. tak. ;)



sobota, 2 marca 2013

Gulasz meksykański

Miałam dziś spać do oporu!
No ale jako, że dzisiaj planujemy z moimi Fałdami jechać do Gdańska na Gdańskie Spotkania Wolnych Ludzi  ( http://www.facebook.com/events/211848565620907 ), to oczywiście z rana popsuły się wszystkie możliwe samochody, dzieci zachorowały i ogólnie jedno wielkie zamieszanie.
No i jakże to rzadko bywa siedzę z rana w kuchni przy kawie i autentycznie się nudzę, bo jeszcze dwie godziny do wyjazdu ;)
Nie mam tego nikomu za złe, bo ostatecznie wolę wstać rano i jak najdłużej cieszyć się dniem i słońcem, które przecież akurat teraz tak ślicznie świeci i zjeść baaaaaardzo leniwe śniadanie.
Już nie mogę się doczekać chwil, gdy będę mogła je jeść na balkonie i ogólnie przenieść większość swojego domowego życia na balkon :D
Mam Wam też kilka spraw do przekazania, więc w sumie dobrze się składa, że siedzę i piję tę poranną kawę już od kilku godzin.

Wczoraj gotowałam na nasz dzisiejszy wyjazd gulasz meksykański albo pewną wariację na ten temat.
Wróciłam późno z dwóch wernisaży i grzańca o smaku prażonych orzechów ze znajomymi ( Stary Zaułku, kocham cię! ;)), spać nie miałam ochoty, więc średnio o północy zaczęłam gotować.

Miałam akurat w lodówce:

-500 g pieczarek
-1 czerwoną paprykę
-dwie garści świeżego szpinaku
-1,5 dużej cebuli
-5 marchewek
-pół słoika zielonych oliwek
-puszkę czerwonej fasoli
-puszkę kukurydzy
-pomidory w puszce

a oprócz tego

-około 1,5 szklanki zielonej soczewicy
-kilka kotletów sojowych

Kotlety sojowe namoczyłam i pokroiłam w kosteczkę. ( Chociaż teraz tak myślę, że to w sumie bez sensu, bo mogłam je równie dobrze pokruszyć i wrzucić do garnka - i tak by zmiękły podczas duszenia się warzyw. No ale kto jak woli. )
Marchewkę pokroiłam w paski i wrzuciłam do oddzielnego garnka, by się nieco pogotowała.
Resztę warzyw też pokroiłam w przeróżne kształty i wrzuciłam do wielkiego gara, by się dusiły.
Dodałam podgotowaną marchewkę ( może być razem z wodą, w której się gotowała), soczewicę, kotlety sojowe i zeszkloną wcześniej cebulkę.
Wszystko gotowałam... dusiłam... no, w każdym razie tak długo aż wyparowała większa część cieczy.
W tym czasie przyprawiłam solą, pieprzem ziołowym, bazylią, curry, chilli, chilli i cuminem...

Do tego ugotowałam jeszcze z kilogram kaszy gryczanej.
No i możemy jechać!:)


Z takich pozakulinarnych  spraw ( choć nie do końca! ) to mam wielką przyjemność zaprezentować wam bloga mojego kolegi.
Co prawda dopiero raczkuje w blogosferze, ale znając jego zapał w organizacji Vegan Brunchów w Olsztynie oraz błysk w oku na myśl o wegańskim żarełku :) już teraz mogę wam powiedzieć, że zapowiada się pysznie!
No to proszę Państwa! oto kolejny w facet na liście wegańskich blogów kulinarnych!

Tratatata!! Fanfary!

Prezentuję VeganBestSelera !  

http://veganbestseler.blogspot.com/

aaa no i gulasz oczywiście! tutaj jeszcze nie do końcu ugotowany, ale to zdjęcie idealnie pokazuje jak piękne i kolorowe może być wegańskie jedzenia, prawda? ;)



niedziela, 24 lutego 2013

Cieciorrrra i gacie d.i.y ;)



Tak to już jest, że pod koniec miesiąca dania jednogarnkowe są w cenie.
A ja sobie uświadomiłam jak dawno nie jadłam najzwyczajniejszego makaronu
i cieciorki, którą przecież tak uwielbiam, a przypomniałam sobie o tym dopiero kupując tahini z zamysłem zrobienia hummusu.
Póki co czeka w szafce.

Miałam jakąś większą szklankę cieciorki w domu, więc namoczyłam ją na noc i kolejnego dnia zrobiłam szybkie danie, które starczyło mi spokojnie na calutki zabiegany weekend :)

No więc wyciągnęłam oprócz tej namoczonej ciecierzycy jeszcze jakieś
5 marchewek
trochę makaronu świderki
pół brokuła
i dużo dużo przeróżnych przypraw
a zamiast soli sos sojowy do smaku.

Cieciorkę gotujemy. Tak samo marchewkę, którą wcześniej kroimy w plastry, paski, trójkąty - co chcemy.
Makaron też wypada ugotować - możemy go po prosstu wrzucić nieco później do marchewki, będzie mniej zmywania i ekonomiczniej ;)
Gdy już wszystko będzie mięciusie, wrzucamy wszystko do jednego gara - tego największego z tych dwóch, dodajemy pookrojonego brokuła i dusimy przez chwilę, w międzyczasie dodając przyprawy.
Posypujemy płatkami drożdżowymi i gotowe!
Gdy jesteście sami - śmiało jeść z garnka, popijając podpiwkiem ;)




Oprócz szybkich dań w cenie są w dalszym ciągu wszelkie zielone koktajle, am!



Weekend oprócz rozmów z kochanymi ludźmi, nocnych spacerów po mieście ( które uwielbiam!), ciekawych miejsc i imprez ( Pecha Kucha Night! ) był także kreatywny...0
Oto jakie gatki można sobie uszyć ze starej zasłony :D









poniedziałek, 4 lutego 2013

Bratkartoffele

Tuż po obiedzie przeczytałam posta I can't believe it's vegan.
W mieszkaniu czuję jeszcze zapach tymianku...

...którym przyprawiłam ziemniaki.
tak, muszę się zgodzić. Coś jest z tą zimą, że podświadomie chwyta się za ziemniaki w każdej postaci.
Wraz z siostrą spędziłam tydzień w domu, nad Niegocinem, przy mamie.
Tak.
Stęsknionej mamie.
Stęsknionej za gotowaniem dla córek.
Stęsknionej za smakołykami od córek.
"Tych wegańskich fast foodów"
Mama zdecydowanie jest człowiekiem sałatek, owoców i ryżu.
Idealnym "materiałem" na raw vegan ;)

Sytuacja zmienia się, gdy córki wkroczą do domu.
I zaczynają się wieczory...w sumie to dni... obfitujące w wypasione obiady i (koniecznie!) coś słodkiego na wieczór. Jako dodatek do planszówek i leniwego oglądania filmów do późna w nocy.
Święto!
No bo jak to tak... oglądać i grać nie mając niczego pod ręką?!

Po tygodniu toczymy się już tylko i obiecujemy sobie tydzień surowizny.
Mama przerzuca się na tydzień na grejfruty, grejfruty i mango, a my wracamy do mieszkania i planujemy super lekką, orzeźwiającą surówkę na następny dzień.
Następnego dnia okazuje się, że ziemniaki już zaczęły kiełkować pod naszą nieobecność, jakieś pieczarki nieco zwiędłe walają się po lodówce.
Ni ma... trzeba to jakoś wykorzystać i to na szybko.
No ale właśnie... poza tym... luty to taki miesiąc, gdy tak  naprawdę nie ma nic świeżego.
Pozornie świeże, importowane z drugiego krańca świata i  tak więdnie po jednej nocy no i przecież i tak nie ma smaku.
Pozostają nam te polskie, wykopkowe ziemniaki, marchewki, pietruszki i inne, które na szczęście mają więcej wartości odżywczych niż nam się wydaje i naprawdę nie muszą być nudne!

Ale wracając do wykorzystania ziemniaków.
Powstały smażone ziemniaki, czyli z niemiecka: Bratkartoffeln.
Kolejne tradycyjne danie.
Proste, szybkie i jeżeli już coś robi to na pewno syci. Masakrycznie!
To jest jedno z tych dań typu "jedz, dziecko, jedz, by zimą było ci ciepło" ;)

...

Łapiemy kilka ziemniaków, obieramy, czyścimy i kroimy w plasterki - nie za grube, ale też nie za cieńkie ( bo wyjdą nam chipsy;)
Olej dobrze rozgrzewamy na patelni i wrzucamy plasterki.
Smażymy około 15 minut wciąż mieszając, tak by się ładnie przysmażyły z obu stron i nie były surowe.
W międzyczasie przyprawiamy szczyptą soli i tymiankiem.

Aby nie było zbyt jałowo, przygotowujemy sos pieczarkowo-musztardowy:

Pieczary kroimy w plastry i dusimy z wybranymi przyprawami.
Na koniec dolewamy 1/4 szklanki mleka sojowego i dwie łyżki musztardy ( dijon - najpyszniejsza!!:)
I mamy sos,

którym polewamy ziemniaki.

Ja jeszcze dopiekłam kilka tymiankowych grzanek z chleba razowego dla każdego.





Mamo, następnym razem będzie sałatka owocowa, aj promis! 




czwartek, 17 stycznia 2013

kapusta - głowa pełna! ( i żołądek ;)

To straszne!
Na liście postów mam już kilka szkiców notek rozpoczętych a nieskończonych - bo nauka, bo trzeba iść spać, bo trzeba wstać, bo praca, bo organizacja wystawy, bo cośtam.
Co miesiąc obiecuję sobie poprawę i nic z tego nie wychodzi i póki co nic na to nie poradzę.
Choć muszę się przyznać, że to w sumie miłe kiedy prawdziwe życie wchłania do tego stopnia, że komputer służy jedynie do projektowania, a spędza się czas z nosem w książkach lub robiąc inne fajne kreatywne rzeczy.
Nos wielu z was zapewne akurat teraz również ma, że tak powiem wzmożoną styczność z wszelakimi mądrymi knigami.
Gdzie tu czas na zdrowe żarełko?!
A uwierzcie, że się znajdzie!
Od razu mówię, że sama często o tym zapominam, będąc w biegu, pochłaniam hektolitry kawy na  przemian z yerbą mate ( "bo może trochę tkwiących w niej witaminek i mikroelementów się przyda. Szczególnie, że wypłukałam je wcześniej kawą - ojoj ojoj!").
Staram się gotować jakiś tam obiad codziennie, ale niestety często wraz ze stresem zanika u mnie apetyt.
Na szczęście (dosłownie) zdrowy rozsądek daje o sobie znać i wtedy kupuję takie warzywa, które są najbardziej wartościowe o tej porze roku, by w prosty i szybki sposób przyswoić sobie jak najwięcej dobrego dla ciała.
Takim przykładem jest czerwona kapusta, którą uwielbiam pod każdą postacią.
A potrawki wszelkiego rodzaju to w ogóle idealna sprawa a taki intensywny czas.
Bo szybkie, rozgrzewające i wartościowe.

Złapcie w biegu ( lub też nie) za:

-pół główki czerwonej kapusty - takiej średniej
-1 czerwoną zagubioną w lodówce papryczkę
-kilka marchewek
-pół szklanki czerwonej soczewicy ( może być też zielona lub jakakolwiek inna )
-1 cebulę
-garść łuskanego słonecznika
-sos sojowy
-przyprawy: pieprz ziołowy, papryka chilli (szczypta lub dwie - według uznania), curry/garam masala, cumin

Kapuchę szatkujemy i wrzucamy do garnka. Niech się dusi.
Po chwili wrzucamy pokrojone w kostkę/ trójkąty/ sześciany/ trapezy marchewkę.
Uważamy, by nic nie przywarło. W razie potrzeby dolewamy wody.
Wrzucamy papryczkę i soczewicę. ( Jeżeli używacie soczewicy np. zielonej, to możecie wrzucić ją tyci wcześniej ).
Cebulę kroimy w kosteczkę i podsmażamy aż będzie szklista, po czym również wrzucamy ją do reszty duszących się warzywek.
Na koniec dodajemy sos sojowy ( zamiast soli!) i przyprawy.
Tuż przed podaniem posypujemy ziarnami słonecznika.

Przygotowanie trwa max 30 minut, co wydaje mi się krótkim czasem jak na świeżutki, zdrowy, domowy obiad. Poza tym wychodzi tego naprawdę sporo, więc jeżeli gotujecie dla siebie, to spokojnie zostanie wam trochę na następny dzień do szkoły/pracy lub do podgrzania na obiad. Choć jak to z jedzeniem bywa, na świeżo jest najsmaczniejsze.









am! i można wychodzić walczyć z zawieją!




poniedziałek, 3 grudnia 2012

Tyrolska zupa ziemniaczana

Kuchnia tyrolska jest kuchnią wysokokaloryczną, powiedzielibyśmy, że tradycyjną, gdzie spotkać można wszystko co jest totalnym przeciwieństwem weganizmu w jednej potrawie.
A ja właśnie lubię takie wyzwania i tak samo jak od jakiegoś czasu zbieram ciekawe przepisy typowo mazurskie, by potem wykreować ich wegańskie wersje, tak również ta zupa była taką małą improwizacją na temat tradycji.

Łapcie super rozgrzewającą, sycącą oraz tanią i łatwą w wykonaniu zupę ziemniaczaną po tyrolsku :)

Wyłóżcie na stół:

-600g ziemniorów
-1 większą cebulę
-sól
-pieprz
-około 700ml mleka sojowego naturalnego - naturalnie ;)
-na oko 3 łyżki różnych ziół, np. estragonu, tymianku, pietruszki, majeranku
-szczypta gałki muszkatołowej
-cztery kromki chleba

Ziemianki obieramy i kroimy w kosteczkę.
Rozgrzewamy olej w garnku, w którym będziemy przygotowywać zupkę i wrzucamy również pokostkowaną cebulę, którą smażymy aż się zeszkli, wtedy dodajemy ziemianki i również krótko je smażymy, cały czas mieszając, by nie przywarły do dna.
Następnie dolewamy około 150ml wody i wszystko gotujemy na niewielkim ogniu przez około 20 minut.
Po upływie tego czasu, przyprawiamy wszystko solą i pieprzem według uznania.
Teraz wyciągamy blender i wszystko rozdrabniamy aż do uzyskania kremu ( spokojnie mogą pozostać pojedyncze kawałki ziemniaków - osobiście lubię kiedy potrawa ma zróżnicowaną strukturę, jest wtedy ciekawsza dla podniebienia, przynajmniej mojego;)
Uzyskany krem ponownie doprowadzamy do wrzenia i powoli dodajemy mleko, cały czas mieszając.
Teraz już tylko wrzucamy przyprawy i gałkę muszkatołową.

Kromki chleba kroimy kosteczkę i pięknie smażymy na oliwie aż będę chrupiące.

Am, am. :)




A na koniec Tangled Lines me ulubione, bo znalazłam dzisiaj filmik z ich występu na Fluff Feście :))




poniedziałek, 5 listopada 2012

sezonowy gar pełen różu.

Godzina 16:00, a za oknem już noc.
Od jakiegoś tygodnia zaczęła się moja najmniej ulubiona pora.
Słoneczna, złota jesień, którą kocham bardziej niż jakąkolwiek inną porę roku przemieniła się w to, co nie potrafię nawet ująć słowem. blech.
Za tym idzie ciężkie wstawanie rano i w moim przypadku męczące wahania humoru i jakiś taki niepokój w sercu.
Najchętniej usiadłabym z kubkiem kakao i oglądała stare czarno-białe horrory i filmy science-fiction i nie robiła nic poza tym.
Ale tak być nie może!
O ile wcześniejszy brak czasu mogę tłumaczyć serio totalnym zawrotem głowy, to teraz, gdy od jakiegoś czasu panuje spokój, moje wyrzuty sumienia z powodu braku chęci nawet na gotowanie są jak najbardziej uzasadnione.
I dobrze, że je w ogóle mam.
Bo to jeszcze w jakimś sensie napędza mnie do gotowania codziennych obiadów i wychodzenia gdziekolwiek.
Lubię być w Olsztynie, mam tu swoje zajęcia i nie siedzę bezczynnie w domu - nawet gdybym chciała, to nie da rady ;) ale chwilami chciałabym mieć za drzwiami, za oknem swój mazurski, wiejski krajobraz, który mam w domu.
I jeszcze kilka znajomych twarzy wokół, kilka starych miejsc i jeszcze kota i psa.
Akomodacja jesienna trwa i miejmy nadzieję, że przebiegnie jak co roku szybko i sprawnie, nie pozostawiając po sobie śladu.
Chyba stanowczo też wolę być w biegu.

Tak. A póki co jednym z celów jesiennych jest wykorzystanie na maksa dostępnych sezonowych warzyw i owoców i tanie gotowanie. Na szczęście jedno z drugim się wiąże, a bogactwo lokalnych warzyw wciąż na nowo zachwyca.
Szkoda, że tak mało osób zdaje sobie z tego sprawę i gdy królować na stole powinny teraz buraczki, marchewka, papryka, jabłka, śliwki i inne pyszności w najróżniejszych i zaskakujących formach (!), to większość ludzi pozostaje przy dawnych, szarych schematach i to zazwyczaj przez cały rok.
A gotowanie na bazie naszych rodzimych warzyw potrafi być takie proste, zaskakujące.
Tak jak poniższy garnek pełen słońca.
Prosty i starczy zapewne na co najmniej dwa obiady.
I kto by pomyślał, że burak kocha się w Indiach. ;)

Potrzebujemy:

+ dwie szklanki soczewicy zielonej
+ szklanka makaronu (opcjonalnie. Ja użyłam, bo chciałam wykorzystać zalegającą resztkę)
+ przyprawy: bazylia, sól, pieprz, chilli, curry, cumin

Najlepiej najpierw nastawić sobie soczewicę i makaron, by sobie powoli bulgotały. W tym czasie kroimy marchewkę, buraczki, ziemniaki w dosyć drobną kosteczkę. Cebulę jedną w kostkę, drugą w krążki i pomidory w kostkę.
Rozgrzewamy w dużym garnku oliwę z oliwek ( śmiało nieco więcej) i wrzucamy pokrojone ziemniaki i marchewkę i po chwili cebulę.
Smażymy je kilka minut, cały czas mieszając, gdyż lubią się przypalić.
Teraz wrzucamy buraczki i pomidory zakrywamy garnek pokrywką, by wszystko puściło soki.
Gdy już puści, zdejmujemy pokrywkę i mieszamy, mieszamy aż większość płynu wyparuje.
Teraz możemy dodać soczewicę i makaron.
Zapewne idealnie nada się też wszelka kasza, której chcemy się akurat pozbyć ;)
Mieszamy raz, dwa razy i voila! obiad gotowy!
Podajemy z jakąś surówką, sałatką, kapuchą.



Powstało także smarowidło do kanapek. Cieciorkowo-fasolowe.
Banalnie proste: gotujemy cieciorę i fasolę, blendujemy z odrobiną sosu sojowego, oliwą i dowolnymi przyprawami ( w moim przypadku standardowe trio : curry, pieprz, bazylia) i tyle...





A zdjęcia są jakie są, o ile brak dziennego światła od biedy mogę jakoś znieść, to brak normalnego aparatu już nie bardzo. Jedno z drugim daje właśnie taki efekt. Jakże jesienny! :)


Do posłuchania dzisiaj coś, co zawsze będzie kojarzyło mi się z początkiem jesieni, przy pierwszych dźwiękach budziło szeroki uśmiech, podnosiło na duchu i wołało do nałożenia kaloszy i wyjścia z domu, poznania jeszcze i jeszcze więcej świata i ludzi. :)









czwartek, 2 sierpnia 2012

Pełnoziarniste świderki z sosem z przydomowych maślaków i cukinii, yeah! ;)

Niesamowite! Ucieszyłam się jak dziecko, gdy mama poinformowała mnie, że odnalazła pod świerkami w ogródku najprawdziwsze maślaki. Od razu złapałam koszyk i udałam się na ogródkowe grzybobranie. Cudo! :)
Dawno też nie jadłam makaronu, więc powstał sos grzybowy.
Żeby nie było zbyt jałowo trzeba było zaopatrzyć się także w cukinię.

Tak więc powinniście posiadać:

-około 10 średniej wielkości maślaków
-makaron
-jedną niewielką cukinię

A bazą do sosu jest najzwyczajniejszy beszamel, na który przepis znajdziecie tutaj.

Maślaki jeżeli zajdzie taka potrzeba obieramy ze skórki. Moje przydomowe były stosunkowo młodziutkie, a skórka była ładna, więc oszczędziłam im obierania i jedynie je wyszorowałam.
Kroimy je w niewielkie cząstki - prostokąty, kwadraty, trójkąty-jak wolicie, wrzucamy do wrzątku i gotujemy przez kilka minut. Odcedzamy.
Cukinię kroimy w drobną kosteczkę i dusimy do miękkości.
W tym czasie przygotowujemy bazę na sos, czyli beszamel z powyższego przepisu, możemy dodać nieco więcej mleka sojowego, aby był nieco rzadszy.
Możemy również już powoli zacząć gotować makaron.
Do beszamelu wrzucamy maślaki, cukinię i przyprawiamy jeszcze majerankiem, solą, pieprzem, gałką muszkatołową i dużą ilością pietruszki do smaku.  Podgrzewamy raz jeszcze.
Odcedzamy makaron, wykładamy na talerze i polewamy sosikiem.
Gotowe!





Proste i przyjemne dla podniebienia! :)


A dzisiaj serducho bije tak:


wtorek, 15 listopada 2011

Co się w lodówce jeszcze kryje? Czyli szybki obiad nr. 1 :)

Jakoś nie mogę się ostatnio ogarnąć... czasu mam niby wiele, ale tyle pomysłów jednocześnie, że nie wiem za co się najpierw wziąć. Kolejka przepisów w zakładce " do wypróbowania" niemiłosiernie się wydłuża, a ja przez szarówkę i pierwsze nieśmiałe objawy zimy za oknem, nie mam ochoty nawet wyjść do sklepu, gdy wejdę do ciepłego mieszkania. Póki co pocieszam się, że minie mi ten okres, a dodatkowe fory daję sobie jeszcze po piątkowych blokadowych emocjach, które wywołały, jak to bywa, falę przemyśleń i przeróżnych rozkmin.Co ostatecznie prowadzi do tego, że siedzę, myślę, marzę, cieszę się i smucę na przemian i równocześnie zupełnie bez sensu bazgrzę w szkicowniku. W międzyczasie chodzę też na uczelnię.
W każdym razie nie żałuję sobie tego czasu. Uważam, że takie chwile zwykłych rozmyślań, szczególnie po jakichś ważnych dla nas wydarzeniach, są ważne i nie powinniśmy się takiego niby-lenistwa wstydzić.
Ale przechodząc do gotowania... Ostatnio zastanawiałam się, czy wstawiać tu zwykłe, szybkie, szare, codzienne obiady. I doszłam do wniosku, że tak! Większość dni w roku nie mamy czasu, by zrobić piękny, cudowny obiad z wymyślnych składników. Potrzebujemy prostego i najlepiej pożywnego posiłku.
I taki będzie też dzisiejszy przepis. Z rzeczy znalezionych w lodówce, prosty, codzienny i szary, a raczej brązowy,  co zupełnie nie oznacza, że nie jest smaczny! :)


Potrzebujemy:

100g kaszy gryczanej
1,5 - 2 czerwone papryki
kilka czarnych oliwek
0,5 puszki ciecierzycy
4 parówki sojowe, ja wybrałam wersję chilli
sól
pieprz
garam masala

Gotujemy kaszę.
Paprykę kroimy na dowolne kawałki, oliwki dzielimy na połówki i dodajemy do ciecierzycy. Wszystko dusimy aż do miękkości na małym ogniu.
Pod koniec duszenia dodajemy przyprawy do smaku.
Gdy kasza będzie już gotowa mieszamy ją w jednym garnku z uduszonymi warzywami.
Teraz tylko szybko smażymy parówki sojowe i obiad jest gotowy.
Na koniec kaszę możemy posypać na przykład słonecznikiem.
Oczywiście jak najbardziej namawiam do zrobienia jakiejś surówki.
 Ja niestety składników na nią nie znalazłam w lodówce ;)