środa, 19 czerwca 2013

powróciłam z truskawkami - oczywiście.

Długa, oj, długa ta moja nieobecność tutaj była. Głupio mi, choć przyznaję, że fajnie jest, gdy życie wirtualne nie jest priorytetem.
Na głowie sesja, zaliczenia, praca, praca i jeszcze raz praca oraz nadchodząca przeprowadzka, więc gdy już złapię oddech to wolę oddychać świeżym, letnim powietrzem gdzieś nad jeziorkiem niż tym prosto z blokowiska lub jeszcze gorzej tym pokojowym, nierzadko zawierające aromatyczny zapaszek kociej kuwety i sierść tegoż samego zwierza :D
Ach! mniejsza o to! Nie będę się rozdrabniać, tłumaczyć, opisywać co i jak się wydarzyło. Podejrzewam, że   z czasem coraz częściej prawdziwe życie będzie mnie bardziej pochłaniać. W sumie to fajne, dreszczyk niepewności, jakiś tam nowy etap w życiu, nic nie możesz zaplanować, ale wiesz, że będzie cudownie :)
Choć przyznaję, że brakuje mi nieco gotowania dla samego gotowania, dla przyjemności, eksperymentu, smaku i odprężenia w spokoju, bez pośpiechu.
Trochę mało takich chwil ostatnio. Dokładniej mówiąc ostatnich kilka takich chwil miało miejsce w majówkę, w przytulnym mieszkanku w Gdańsku. Były to chwile, które już znalazły stałe miejsce w naszych głowach, bo stały się początkiem czegoś ciepłego, otulającego serducho ... no i żołądki ;)


Mimo wszystko jemy,a w kuchni dzieje się stosunkowo dużo, może nie codziennie,ale! odruchem bezwarunkowym stało się już robienie fot powstającemu jedzeniu, więc dokumentacja jest, ale kto spamięta te wszystkie przepisy? często powstające na totalnym fristajlu.
Tak się też życie ułożyło, że mniej więcej od półtora miesiąca gotuję razem z panem VeganBestSelerem :) Także gdzie blogerów dwóch tam żarcia pysznego mnóstwo, postów za to brak - namawiamy się nawzajem do wzięcia w garść!


No więc tak... pojawiły się  truskawki w międzyczasie, prawda? i rabarbar mój ukochany.
Powstał tort na vegan bruncha.
Kilka ciach rabarbarowym, tych najzwyklejszych, świeżych, lekko kwaśnych i orzeźwiających.
Trwa lato, totalne! Ostatnio niewiele go odczuwam, bo jestem kilka godzin w ciągu dnia zamknięta w czeluściach sklepu plastycznego, ale lato jest, ewidentnie je czuć w powietrzu także wieczorami, gdy dodatkowo wszystko co kwitnie zaczyna jeszcze intensywniej pachnieć.
Do tego dochodzą posiłki na balkonie! ♥ nawet ten post powstaje na świeżym powietrzu z dobrym kawałkiem ciasta i bezalkoholowym piwkiem pod ręką :)

Latem ogólnie tęsknię za lekkim, rześkim jedzeniem. Powrócę więc minimalistycznie, ale pysznie. Tak jak powinno być pod koniec czerwca.
Ostatnio pół dnia marzyłam o najzwyklejszym makaronie z truskawkami.
Ugotowaliśmy pełnoziarnisty makaron, przygotowaliśmy truskawy, myjąc je i przecinając na pół.
Do tego powstała śmietanka z nerkowców i słonecznika, właśnie taka szybka i spontaniczna.

Do jej przyrządzenia potrzebowałam:

-3/4 szklanki mleka roślinnego
-1/3 szklanki nerkowców
-sporą garść słonecznika
-aromatu waniliowego i/lub startą wanilię
-cukru
-1,5 łyżeczki soku z cytryny
-łyżki oleju

Wszystko wrzucamy do jednego pojemnika i blendujemy aż wszystkie ziarna będą totalnie zmielone.
Według uznania możecie dodać więcej lub mniej cukru, więcej wanilii lub zupełnie ją pominąć lub na przykład zastąpić aromat waniliowy aromatem śmietanowym, dodać truskawki lub inne owoce. Róbcie z tym co chcecie!
Makaron standardowo posypujemy świeżymi truskawkami, polewamy śmietanką i delektujemy się w promieniach słońca.

:)





słoneczne obiady ♥


A słodkie tło kulinarne dzisiejszego wpisu sponsoruje pyszny Piegus według I Can't Believe It's Vegan :) Wypróbujcie! jest tak samo pyszny jak prosty do zrobienia.




poniedziałek, 29 kwietnia 2013

Udajmy, że jest dziś wiosna

a równie dobrze moglibyśmy udawać, że jest jesień, jedząc mocno rozgrzewającą zupę.
Och, jakże tego dzisiaj potrzebowaliśmy!
Bo wiosna jest dziś jesienna i nawet kot spogląda smutno w okno, kicha i śpi.



Składniki:

-1,5 litra bulionu warzywnego
-4 wielkie ziemniaki
-nieco makaronu
-1,5 szklanki grochu łuskanego, połówki
-marchewkę
-trochę groszku konserwowego, bądź świeżego
-dużą cebulę
-dużo, dużo świeżej pietruszki
-przyprawy: tradycyjne, bo sól, pieprz ziołowy, majeranek i szczypta Indii - garam masali

Co jest do pokrojenia kroimy w kosteczkę. Ziemniaki spokojnie na większe kawałki, osobiście tak lubię najbardziej. Ziemniaki, marchewkę, groch wrzuamy do bulionu i zaczynamy gotować. Potem po kolei z odstępami czasu wrzucamy makaron, zielony groszek. Cebulę przysmażamy i również dajemy do gara. Na koniec pietruszkę i przyprawy. Jeszcze chwilę gotujemy.
Na talerzu podajemy posypaną śmiałą garścią rukoli.

Do tego zrobiłam paszteciki...
Jeżeli miałabym wymienić smak, który kojarzy mi się z zeszłym latem, to po oliwkach zdecydowanie byłaby to ... musztarda dijonska :) Jedzona leniwie z pomidorem na kanapkach, smarowanych na na wylotówce z Pragi lub w przemokniętym namiocie na festiwalu.
Od tamtej pory polubiłam ją jeszcze bardziej.
Dzisiaj w sklepie chwyciłam słoiczek.

Zasady prostsze być nie mogą, ale paszteciki dodadzą niezłego smaczku każdej zupie. A na przekąskę też są niczego sobie.
Chwyćcie:
-paczkę gotowego ciacha francuskiego ( sprawdzajcie składy! )
-kilka łyżek musztardy dijonskiej
-opcjonalnie:  pokrojoną drobniutko cebulę

Wycinamy w cieście kwadraciki, smarujemy musztardą, wrzucamy cebulkę, sklejamy i do piekarnika!
Pieczemy w około 180 stopniach aż będą ślicznie brązowe.


A w czwartek odwiedziliśmy stolicę. Cieszę się, że mam znajomych, którzy mimo na przykład bolących stóp   zejdą ze mną pół miasta w poszukiwaniu dobrego wegańskiego żarełka. Nie wnikam, czy rozumieją tę fascynację, choć wegetariańska część grupy na pewno bardziej. O wegańskiej nie wspominając ;)
W każdym razie odwiedziliśmy w końcu to miejsce:

Zamówiliśmy prawie wszyscy seitanexy z sosem musztardowym i ostrym....
pycha!
Obawiałam się tego, czy najem się w ogóle jednym burgerem, gdyż serio wpadłam tam na totalnym głodzie, ale trzymało mnie cały długi wieczór.
I tak dobrze mi było, tak dobrze :)
Choć cena jest nieco wygórowana, rozumiem to doskonale. W końcu Krowarzywa jeszcze młoda jest i życzę jej na przyszłość jak najlepiej! :)

seitanex
no i taka pamiąteczka z Krową.





Buła    :)




poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Śmieciowe burgery

są zawsze w cenie.
No a sam freeganizm oprócz korzyści i zamanifestowania pewnej alternatywnej postawy życiowej daje mnóstwo radości.
Dodatkowo masz do wykorzystania to, co znajdziesz w kontenerze.
No może plus żółciejący już w samotności w lodówce jarmuż
W każdym razie takie ograniczenie ( choć w sumie w większości wypadów śmietnikowych nie nazwałabym tego ograniczeniem!) podsuwa takie rozwiązania kulinarne, które na pewno nie przyszłyby mi na myśl robiąc zakupy na obiad w sklepie.
Na przykład takie wielowielowarzywne zielone burgery.
Samo zdrowie! wiosenne!
Bo już zjadam kolejny obiad w tym roku na balkonie! ♥

Muszę się przyznać, że oprócz podzielenia się faktem zaistnienia śmieciowych burgerów, dzisiejszy wpis pełni rolę w pełni terapeutyczną, gdyż jutro czeka mnie wernisaż mojej pierwszej w życiu indywidualnej wystawy. Stresuję się niemiłosiernie, gdyż wernisaż będzie poprzedzony niby luźną rozmową o pracy. O ile pisać i tworzyć na tematy, o których piszę lubię bardzo, to już samo wypowiadanie się publicznie potrafi mi iść nieco gorzej, a już na pewno jest jedną z rzeczy, które lubię najmniej.
Oczywiście nie ucieknę przed tym i w pewnym sensie nawet chcę podzielić się z ludźmi kwestiami, które poruszam w pracach, ale...
Ogólnie jeżeli chodzi o decyzje to też nie jest ostatnio mój najlepszy czas.
Ciężko przychodzi mi nawet podjęcie decyzji jaki napój w barze wybrać.


Ale wiosna. Wiosna rekompensuje wszystko.
I ludzie, którzy są ze mną. :)
I burgery, zielone! :)

Do rzeczy!
Oczywiście poniższe składniki nie muszą pochodzić ze śmietnika, mogą być to świeżutkie warzywka z targu lub sklepu. :D
Użyłam:
-okolo 250g jarmużu
-pół wielkiego selera
-dwie średnie pietruszki
-pół brokuła ( całe pół! łodyga też smaczna jest! :)
-pół białej rzodkwi
-4 marchewki
-jakaś tam resztka szpinaku świeżego ( opcjonalnie)
-przyprawy: sól, pieprz ziołowy, dużo curry i zioła prowansalskie.

Zgromadzenie składników jest największym wysiłkiem ;) Dalej już prościej być nie może!
Wszystko kroimy na mniejsze kawałeczki i wrzucamy do gara. Gotujemy aż seler będzie miękki.
Następnie odcedzamy, ostudzamy i blendujemy albo przepuszczamy przez starożytną maszynkę do mielenia, tak jak ja.
Powstałą masę mieszamy z mąką i/lub bułą tartą, aż uzyskamy w miarę sensowną konsystencję.
Dodajemy przyprawy.
Rzeźbimy kotleciki, które obtaczamy w bułce tartej i smażymy.

Wyciągamy pełnoziarniste buły, które możemy wcześniej nieco przypiec w piekarniku i wsadzamy, kto jak woli, sojonez, kotleta, cebulę, pomidory, sałatę, ogórki konserwowe.
I jeszcze na raz sojonez i keczup lub sos pomidorowy własnej roboty, do czego serdecznie namawiam.

Healthy Fast Food, cudo! :)) ♥