poniedziałek, 5 listopada 2012

sezonowy gar pełen różu.

Godzina 16:00, a za oknem już noc.
Od jakiegoś tygodnia zaczęła się moja najmniej ulubiona pora.
Słoneczna, złota jesień, którą kocham bardziej niż jakąkolwiek inną porę roku przemieniła się w to, co nie potrafię nawet ująć słowem. blech.
Za tym idzie ciężkie wstawanie rano i w moim przypadku męczące wahania humoru i jakiś taki niepokój w sercu.
Najchętniej usiadłabym z kubkiem kakao i oglądała stare czarno-białe horrory i filmy science-fiction i nie robiła nic poza tym.
Ale tak być nie może!
O ile wcześniejszy brak czasu mogę tłumaczyć serio totalnym zawrotem głowy, to teraz, gdy od jakiegoś czasu panuje spokój, moje wyrzuty sumienia z powodu braku chęci nawet na gotowanie są jak najbardziej uzasadnione.
I dobrze, że je w ogóle mam.
Bo to jeszcze w jakimś sensie napędza mnie do gotowania codziennych obiadów i wychodzenia gdziekolwiek.
Lubię być w Olsztynie, mam tu swoje zajęcia i nie siedzę bezczynnie w domu - nawet gdybym chciała, to nie da rady ;) ale chwilami chciałabym mieć za drzwiami, za oknem swój mazurski, wiejski krajobraz, który mam w domu.
I jeszcze kilka znajomych twarzy wokół, kilka starych miejsc i jeszcze kota i psa.
Akomodacja jesienna trwa i miejmy nadzieję, że przebiegnie jak co roku szybko i sprawnie, nie pozostawiając po sobie śladu.
Chyba stanowczo też wolę być w biegu.

Tak. A póki co jednym z celów jesiennych jest wykorzystanie na maksa dostępnych sezonowych warzyw i owoców i tanie gotowanie. Na szczęście jedno z drugim się wiąże, a bogactwo lokalnych warzyw wciąż na nowo zachwyca.
Szkoda, że tak mało osób zdaje sobie z tego sprawę i gdy królować na stole powinny teraz buraczki, marchewka, papryka, jabłka, śliwki i inne pyszności w najróżniejszych i zaskakujących formach (!), to większość ludzi pozostaje przy dawnych, szarych schematach i to zazwyczaj przez cały rok.
A gotowanie na bazie naszych rodzimych warzyw potrafi być takie proste, zaskakujące.
Tak jak poniższy garnek pełen słońca.
Prosty i starczy zapewne na co najmniej dwa obiady.
I kto by pomyślał, że burak kocha się w Indiach. ;)

Potrzebujemy:

+ dwie szklanki soczewicy zielonej
+ szklanka makaronu (opcjonalnie. Ja użyłam, bo chciałam wykorzystać zalegającą resztkę)
+ przyprawy: bazylia, sól, pieprz, chilli, curry, cumin

Najlepiej najpierw nastawić sobie soczewicę i makaron, by sobie powoli bulgotały. W tym czasie kroimy marchewkę, buraczki, ziemniaki w dosyć drobną kosteczkę. Cebulę jedną w kostkę, drugą w krążki i pomidory w kostkę.
Rozgrzewamy w dużym garnku oliwę z oliwek ( śmiało nieco więcej) i wrzucamy pokrojone ziemniaki i marchewkę i po chwili cebulę.
Smażymy je kilka minut, cały czas mieszając, gdyż lubią się przypalić.
Teraz wrzucamy buraczki i pomidory zakrywamy garnek pokrywką, by wszystko puściło soki.
Gdy już puści, zdejmujemy pokrywkę i mieszamy, mieszamy aż większość płynu wyparuje.
Teraz możemy dodać soczewicę i makaron.
Zapewne idealnie nada się też wszelka kasza, której chcemy się akurat pozbyć ;)
Mieszamy raz, dwa razy i voila! obiad gotowy!
Podajemy z jakąś surówką, sałatką, kapuchą.



Powstało także smarowidło do kanapek. Cieciorkowo-fasolowe.
Banalnie proste: gotujemy cieciorę i fasolę, blendujemy z odrobiną sosu sojowego, oliwą i dowolnymi przyprawami ( w moim przypadku standardowe trio : curry, pieprz, bazylia) i tyle...





A zdjęcia są jakie są, o ile brak dziennego światła od biedy mogę jakoś znieść, to brak normalnego aparatu już nie bardzo. Jedno z drugim daje właśnie taki efekt. Jakże jesienny! :)


Do posłuchania dzisiaj coś, co zawsze będzie kojarzyło mi się z początkiem jesieni, przy pierwszych dźwiękach budziło szeroki uśmiech, podnosiło na duchu i wołało do nałożenia kaloszy i wyjścia z domu, poznania jeszcze i jeszcze więcej świata i ludzi. :)









piątek, 5 października 2012

Zapiex dobry na wszystko.

Zawsze. Absolutnie zawsze dobrze jest mieć pod ręką tofu. I brokuła też.
Ogólnie zauważam ostatnio u siebie tendencję łączenia zielonych warzyw właśnie z tym sojowym serem.
Wróciłam już do Olsztyna. Powoli się na nowo klimatyzuję. Jeszcze nigdy nie wracałam w październiku tak chętnie do wspomnień wakacyjnych. Na nowo odkryłam Mazury, coraz bardziej się przywiązuję do miejsca z dzieciństwa.
Ale studia są fajne! znajomi... choć spora część gdzieś powyjeżdżała, to jednak ci najbliżsi są na wyciągnięcie ręki. Gotuję! Uwielbiam swoją kuchnię tutaj, właśnie dlatego, że jest taka moja! Jeżdżenie rowerem po mieście, kawiarnie z sojowym latte, szukanie pracy, nieogarnięcie mojego wydziału. Ostatecznie wszystko to kocham! Odpoczywam, robię co chcę i kiedy chcę, rozwijam się, cieszę!
Mimo to potrzebuję czasu, by na spokojnie, krok po kroku wdrożyć się na nowo w to życie.
A więc dziś nadrabiam zaległości filmowe. Wchłaniam wszystko co wizualne. Latem w ogóle nie było na to czasu...
A że kolejka rzeczy do obejrzenia długa to i obiad szybki acz pożywny być musi.
Padło na to co zwykle  można znaleźć w domu albo osiedlowym spożywczaku.
Makaron z brokułami i tofu - wszystko pod kołderką sosu beszamelowego... często ten beszamel, często, ależ jaki praktyczny! :)

Składniki:

1 mniejszy brokuł
400g tofu naturalnego
makaron świderki lub inne falbanki

Makaron gotujemy. W tym czasie kroimy na pół różyczki brokuła i przygotowujemy sos beszamelowy stąd.
Teraz w brytfance układamy makaron - aż do całkowitego pokrycia dna, a nawet nieco więcej, blisko obok siebie wszystkie różyczki brokuła, pokruszone tofu i polewamy beszamelem, ale zostawiamy go nieco na koniec. Staramy się go rozprowadzić tak, by znajdował się na całej powierzchni, co ma na celu ładne sklejenie się ze sobą składników :)
Teraz wrzucamy resztę makaronu i znowu polewamy resztą sosu.
Pieczemy około 30 minut w 200stopniach, ale lepiej sprawdzać, czy nic nam się nie przypala :)








Pisząc o pobycie w Chorwacji zupełnie zapomniałam, ze ostatniego dnia natknęłam się w jakimś osiedlowym sklepie na wegańskie pralinki. Przeczytałam skład we wszystkich podanych językach, aby się upewnić, czy na na pewno są wegańskie - i cóż, choć nadal ciężko mi w to uwierzyć, były!
Czytając na szybko skład innych pralin tej chorwackiej firmy okazało się, że oferują jeszcze kilka innych smakołyków wegańskich. 
Czekoladowe z lekkim miętowym posmakiem. ukusan! ;)
Muszę jednak przyznać, że szczególnie zauroczyło mnie opakowanie. Dlaczego u nas większość bombonierek zdobionych jest kiczowatym zdjęciem kwiatów? A tutaj mamy przecież taki cudowny przykład tego jak piękne może być współczesne wzornictwo i minimalizm.
Pudełeczko po skonsumowaniu zawartości nie poszło do śmietnika tylko spełnia rolę pięknego estetycznego schowka na koraliki. :)





A w piekarniku piecze się biszkopt czekoladowy, a w lodówce chłodzi się śmietana kokosowa! :)



czwartek, 20 września 2012

niebycie sieciowe i bywanie tu i tam ;)

Bo tak! bo latem starałam się omijać komputer szerokim łukiem jak najczęściej.
Tyle pięknych chwil otaczało mnie w ciągu tych kilku miesięcy.
Niesamowite ile dać mogą podróże i nowe znajomości.
Ileż pozytywnej energii, ale i mnóstwo emocji, także zupełnie skrajnych, a jednak takich, które znalazły już miejsce w najbezpieczniejszych zakamarkach mej pamięci.
Wiele z tego wydarzyło się właśnie tutaj, gdzie mieszkam. Kocham, naprawdę kocham Mazury i moje rodzinne miasteczko i każdego lata czuję to coraz bardziej i choć zawsze mówię, że chcę wyjechać, mieszkać kilka lat w Berlinie, kilka lat w Hamburgu, a kilka lat w jeszcze innym miejscu, to jednak łezka mi się w oku kręci, gdy wracam na studia do, choć tak pobliskiego, Olsztyna i tęsknię za widokiem porannego jeziora, kawie na huśtawce w ogródku, ludźmi, którzy tu pozostaną, psem, miejscami, które znamy tylko my, wycieczkami rowerowymi o 6 nad ranem po pieczywo dla gości, wycieczkami rowerowymi na pobliską, bezkresną łąkę, gdy jest mi smutno "bo tam się wszystko kończy i zaczyna, zapętla", zacieraniem się granic między porankiem a wieczorem, za szaloną radością a jednoczesnym spokojem i pewnością, bezpieczeństwem.
Chyba jeszcze nie wiem czego od życia chcę.
Może to i dobrze, przygarnę i przyjmę je tak jak się potoczy i dopiero wtedy będę je rzeźbić i tworzyć tak, by mi odpowiadało.
Z jednej strony chciałabym być wiecznie w podróży, mieć cały świat za swój dom i codziennie poznawać nowe twarze - oczywiście, spełnia mnie to, jestem wtedy najszczęśliwsza, ale...
ale czasami pragnę mieć kogoś kochanego u boku, psa, kota, milion książek, kominek, własny ogródek i mieszkać na największym zadupiu tego świata, gdzieś w lesie, daleko, daleko od wszystkiego. A jednak podróżować, zapraszać na ciasto z przydomowego rabarbaru znajomych.
Całe moje życie jest usiane dylematami... szczerze nie mam ochoty studiować jeszcze dwa lata, chętnie wyjechałabym gdzieś, pracowała z dzieciakami, organizowała dla nich warsztaty ekologiczne, kulinarne, plastyczne, cokolwiek, a jednocześnie marzy mi się zrobienie czegoś fajnego na dyplom magisterski...kontynuację moich tkanin recyklingowych, a może redesignerską kolekcję ciuchów typu zero waste? To byłoby coś fajnego, coś do czego ciągnie mnie od lat.
Cóż. Ekhm. Ale!
Jako że życie już wystarczająco wiele razy pokazało mi, że nie możemy go sobie zaplanować, a przynajmniej ja nie mogę, to czekam z niecierpliwością jak potoczy się dalej moja historia.
To tak, jakbym była romantyczną, zagubioną we współczesnym świecie bohaterką książki, a moje losy leżały w dłoniach autora.
Ostatecznie jednak zawsze wszystko dobrze się kończy i jestem zadowolona ze swojego obecnego życia i z tego, że jestem tak niesamowitym wrażliwcem. :)

Aby jednak nie było tylko gadania i użalania się i myślenia ( jesień wzmaga we mnie potrzebę myślenia i ubierania owych myśli w słowo pisane... codziennie z rana od kilku dni budzę się i przez pierwsze kilka minut myślę, tak po prostu, o tym co się dzieje wokół mnie, a także o zupełnych pierdołach i abstrakcyjnych sprawach:)). No więc właśnie... jako że blog z założenia wegański i  kulinarny, to niech i trochę o jedzeniu będzie tym razem.
Byłam w okolicach od końca sierpnia do 9 września w Chorwacji. Ot, rodzinny wypad.
Mieszkaliśmy w przemiłym pensjonaciku, który serdecznie wszystkim wege polecam, a szczególnie tym uprawiającym jogę. Pensjonacik posiada tzw. V-Label, czyli odznaczenie European Vegetarian Union, prowadzi kursy medytacji, jogi, a także udostępnia swoje pomieszczenia dla tego typu grup zorganizowanych. Serio, polecam, przemili ludzie, cudowne zwierzaki, piękne okolice i pokoiki również.
Gdyby ktoś był zainteresowany, to łapcie stronkę:
http://www.cherry-blossom.hr/
Jako że mieszkaliśmy w niewielkiej wiosce - bardzo nam zależało na tym, by być z dala od zgiełku turystów, to oprócz jednego obiadu w pensjonacie, na którym zostaliśmy zaproszeni, stricte wegańska oferta kulinarna nie była wielka. Królowało więc wszelkie risotto oraz pizza, której przyrządzenie wegańskiej wersji nie stanowiło w absolutnie żadnej restauracji problemu - w przeciwieństwie do polskich realiów...
Oprócz tego było wino, dużo, dużo, pysznego, domowej roboty wina oraz świeżo marynowane oliwki - pyyyycha! oraz mnóstwo lokalnych, świeżych owoców. Ogólnie - mimo pozornie tak ubogiego menu mogłabym się tak żywić cały czas.
No to... teraz czas na kilka zdjęć :)

drzewo oliwne!

śniadanka, ach, tak, i kilka słoików ajvaru przyjechało ze mną :)

EVU :)

winowinowino


resztki risotto z warzywkami, czarnymi oliwkami i migdałami!
Było tak pyszne, że dopiero, gdy talerz był niemalże czysty wpadłam na pomysł żeby zrobić zdjęcie ;)

chorwacka "fanta" - orangina .
Butelka zachwyca kształtem, miałam ochotę porwać ją do domu i zastosować jako wazon. :)

A tu ja, nieświadoma tego, że zostałam przyłapana na konsumowaniu Misch-maschu, czyli  wyżej wspomnianej oranginy z czerwonym winem.Pychotka :)


Jako soundtrack dzisiaj genialna i przesympatyczna brazylijska kapela StillxStrong, która zagrała u nas w Giżycku koncert w sierpniu ( pierwszy, pomijając Dnia Giżycka i inne dożynki koncert w ogóle od dłuuugiego czasu - co cieszy dodatkowo:)
W każdym razie chłopaki wymiatają ;))