poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Strucla Jabłkowa Viedeńska ;)

Minęło już chyba z pół roku od ostatniego posta. Przymykam na to oczy, podnoszę ręce i przyznaję się bez bicia - czas był, jeść jadłam, piec piekłam - no to ostatnie może nieco mniej, ale nic w pełni nie jest stanie usprawiedliwić mojego tutejszego niebycia. Bardzo chciałabym odnaleźć znowu w sobie chęć i inspirację do tego, by blog ten, który jest niejako moim wegańskim dziecięciem dalej żył i trwał w swoim bajkowym klimacie. :) Będę się starała, mimo tego, że akurat teraz prywatnie czeka mnie wiele zmian, ale może właśnie wyjście z pewnego rodzaju stagnacji sprawi, że blog ten znowu ożyje! :)
Nie zrozumcie mnie źle, dokumentowanie tego co jem, co gotuję, jak gotuję i w ogóle tego, co dzieje się wokół mnie nadal mam we krwi, lecz tak jak wielu wybrałam tę szybszą i zapewne wygodniejszą drogę wizualna, czyli Instagrama. Jest to fajna sprawa, ale często łapią mnie wyrzuty sumienia, że zdjęcia wychodzą gorsze niż powinny lub mogłyby być, szczególnie teraz, gdy znowu jest coraz wcześniej ciemno. Blog to jednak blog, ten urok ustawiania i przystrajania potrawy. Oczywiście nie zawsze aparat jest na miejscu, nie zawsze światło dobre, a czekać na lepsze nie można, bo za plecami domownicy już czekają z talerzami na kawałek ciasta i za chwilę wszystko zniknie;) To jednak do blogowania wkłada się jakoś więcej serca i własnej duszy, teraz szczególnie to odczuwam :) Niemniej Insta to wygodna i przede wszystkim szybka forma rozprzestrzeniania wegańskiego stylu życia. Jeżeli macie ochotę zobaczyć co gotuję i jem i co mnie porusza, to zajrzyjcie czasem na mój profil :  http://instagram.com/v_fairy :)

Dziś natomiast przepis do tego, co pojawiło się również w formie zdjęciowej na insta, czyli Wiener Apfelstrudel, a więc Wiedeńskiej Strucli Jabłkowej, ale w wersji wegańskiej, a że jabłka ostatnio w modzie pod każdym względem, to tym bardziej warto powtórzyć ten przepis !
Zapraszam do ugniatania i wałkowania, bo to esencja prawdziwej wiedeńskiej strucli! :D


Kremu ani bitej śmietany nie miałam, ale jeżeli macie ochotę to możecie takową zamówić tutaj lub zrobić taką samemu z migdałów czy słonecznika :)

Do dzieła!
( z podanych proporcji wyjdą wam dwie strucle)

Potrzebujecie:

na ciasto:
-250 gram mąki
-łyżka wegańskiej margaryny ewentualnie oleju
-łyżka octu jabłkowego
-szczypta soli
-trochę mniej niż pół szklanki letniego mleka roślinnego
-dwie łyżeczki zmielonego siemienia lnianego
-4 łyżki wody

farsz:
-1 do 1,5 kg jabłek ( polskich! :)
-150 gram cukru - możecie mniej lub więcej w zależności od tego jak słodkie lub kwaśne są jabłka
-odważna łyżeczka cynamonu
-solidny haust amaretto
-garść lub mniej rodzynek - o ile lubicie :)
-olej słonecznikowy
-bułka tarta

Przede wszystkim przygotujcie łapki na dość długie ugniatanie. Jest to konieczność przy pieczeniu dobrej, prawdziwej strucli. :)
Zmieszajcie w misce wszystkie składniki na ciasto. Mąkę warto przesiać przez sitko, a siemię lniane mieszamy z czterema łyżkami wody aż do uzyskania konsystencji gęstego kisielu i wrzucamy także do ciasta. I teraz zaczynamy fitness ;) Ciasto należy ugniatać 15-20 minut, aż wyjdzie nam piękna, elastyczna plastelinka. Formujemy kulę, smarujemy ją delikatnie olejem i odstawiamy na bok, aby sobie odpoczęło.

W tym czasie przygotowujemy jabłka. Obieramy je i szatkujemy na cienkie listki. Najlepiej użyć do tego tarki, tego podłużnego pojedynczego otworu, który chyba służy do tarkowania ogórków do mizerii ;)
Potarkowane jabłka posypujemy cukrem i cynamonem i zalewamy alkoholem i dodajemy rodzynki. Możecie również dodać innych bakalii albo na przykład płatków migdałowych.
Odstawiamy jabłka i przechodzimy znowu do ciasta.
Naszą kulkę dzielimy na dwie części.
Jedną z nich kładziemy na czystej ścierce kuchennej, posypanej mąką. Uwierzcie, że przy strucli takie rozwiązanie jest najwygodniejsze!
Przystępujemy do wałkowania. Jest to dosyć żmudna praca, gdyż ciasto musi być naprawdę jak najcieńsze. Wiedeńczycy powiadają, że ciasto do strucli powinno być tak cienkie, by można było przez nie czytać gazetę. Jednocześnie powinno jednak nadal być elastyczne i się nie rwać. Po kilku minutach wałkowania łatwo wyczuć będzie ten moment :)
Rozwałkowane ciasto smarujemy pędzelkiem olejem.
Bułkę tartą podprażamy lekko na suchej patelni i wysypujemy na ciasto, a na to połowę odsączonego farszu jabłkowego.
Zaginamy krótsze brzegi i zwijamy ciasno, zaczynając od dłuższego brzegu  - wiecie o co cho ;)
Przy pomocy ściereczki kuchennej zwinnie przerzucamy struclę na blachę do pieczenia i smarujemy wierzch olejem.
Identycznie postępujemy z drugą kulką ciasta.

Obie strucle wstawiamy do rozgrzanego do 200 stopni piekarnika i pieczemy około 30-40 minut lub aż ciasto się zarumieni.
Po wyciągnięciu posypujemy cukrem pudrem i jeżeli możecie ozdabiacie kapką bitej śmietany lub innego kremu, tak jak w Bękartach Wojny ;)

Dla mnie najbardziej magiczne w strucli jest pierwsze wkłucie widelczyka w chrupką cienką skorupkę ciasta, które wydaje charakterystyczny dźwięk.
Aż ślinka cieknie!

Smacznego! :D



( przepraszam za słabą jakość zdjęć, to efekt takiej szybkiej dokumentacji kulinarnej telefonem :)








środa, 5 marca 2014

Co zrobić z rzepy i dwa dni w Hamburgu

Jestem! Od ostatniego postu jedzeniowo działo się dosyć dużo. Zamówienie na ciasto bananowo-kokosowe, które na szczęście pięknie się upiekło i smakowało, rozgrzewająca zupa z dodatkiem czarnej rzepy, a także pasta, przypominająca tatar z tegoż jakże mało znanego warzywka, no i szybki wypad do Hamburga-mówi sam za siebie.
Ale po kolei.
Zacznę od praktycznej strony, przepisów.
Jeżeli chodzi o zupę, to wyszła  bardziej zupa ziemniaczana z dodatkiem czarnej rzepy, która jedynie chwilami przebłyskiwała smakiem wśród ziemniaków. Niemniej to fajny zdrowy dodatek, gdyż czarna rzepa jest super wzmacniająca i każdej potrawie, do której ją wrzucimy nada dodatkowego pałeru. Obfituje w witaminy C, B1, B2, PP oraz żelazo, potas, magnez, wapń i wiele innych. Czarną rzepę można by chwalić bez końca, słowem jest to istna bomba witaminowa, tym bardziej szkoda, że tak rzadko pojawia się na stołach. Pamiętajmy więc, że warto czarną rzepę chociaż od czasu do czasu zaprosić do kuchni. :)
Na śniadanie czy kolację czarna rzepa również chętnie wpadnie, na przykład pod postacią pasty kanapkowej, przypominającą w pewnym sensie tatar lub pastę rybną / coś pomiędzy tym a tym ;)

Potrzebujecie:
 1 średniej wielkości czarną rzepę
 1 niewielką cebulę
 3 łyżki oleju
 3 łyżki koncentratu pomidorowego
 1 łyżeczkę musztardy
 1 łyżeczkę majeranku
 1/2 łyżeczki słodkiej papryki
 szczyptę gałki muszkatołowej
 sól i pieprz - według uznania

Rzepę obieramy i tarkujemy na średniej wielkości oczkach. Jeżeli chcecie aby pasta była bardziej gładka, to możecie również użyć najmniejszych oczek albo po tarkowaniu dodatkowo poszatkować rzepę ostrym nożem. Cebulę również tarkujemy na średniej wielkości oczkach lub kroimy bardzo, bardzo drobno.
Następnie do cebuli i rzepy dodajemy olej, koncentrat pomidorowy, musztardę i wszystkie przyprawy.
GOTOWE!
 Uwaga! Niestety pasta nie nadaje się od razu do spożycie. Musicie odczekać co najmniej 12 godzin, najlepiej zrobić ją dzień wcześniej i zostawić do naciągnięcia w lodówce. Jest to ważne, gdyż w tym czasie wiórki rzepy zmiękną i nie będą miały aż takiego ostrego, charakterystycznego smaku, a naciągną przyprawami, które dodaliśmy.

Pasta być może nie wygląda oszałamiająco ( choć czy oryginalny tatar wygląda? ), ale na pewno jest to dobra okazja do rozpoczęcia swojej przygody z tym mało znanym, a jakże utalentowanym warzywem ;))



A teraz, moi drodzy relacja z pięknego miasta Hamburg! 



Niestety mieliśmy mało czasu, ale myślę, że wykorzystaliśmy go na tyle, ile byliśmy w stanie. Dotarliśmy na miejsce w poniedziałek wieczorem, najpierw przez blisko godziny kręciliśmy się wokół hostelu, nie mogąc go znaleźć. Na szczęście pomógł nam miły pan Wietnamczyk w budce z wietnamskim żarciem, który wyposażony był w tablet z internetem. Okazało się, że - naprawdę nie wiem jakim cudem - spisałam zły numer domu. Cóż... w każdym razie dotarliśmy. Nocowaliśmy w całkiem przyjemnym hosteliku, mieszczącym się na piętrze kamienicy. Pokoje bardzo spoko, w 3-osobowym pokoju płaciliśmy 20 ojro za osobę za noc, co jest jedną z najtańszych opcji w Hamburgu. Chyba że jedziecie większą grupą, to wtedy standardowo: im więcej osób w pokoju, tym taniej. Hostel urządzony był dosyć punkowo, można by powiedzieć, ale schludnie. Kolorowo, mnóstwo obrazów, plakatów, dziwnych drzwi.Ogółem - fajnie, tym bardziej, że okazało się, że jesteśmy w samym centrum dzielnicy, która w pewnym sensie przypomina berliński Kreuzberg. Mnóstwo barów ze wszystkich stron świata, rowery ( ale to w całym Hamburgu... w sumie to w całych Niemczech :) fajni ludzi. Ogółem strasznie kolorowo i mega fajnie. Nieopodal jest też dzielnica St.Pauli. Akurat trafiliśmy na dzień kiedy trwał mecz i cała okolica odziana była w flagi i dodatki z białą czaszką na czarnym tle, a wokół co chwila było słychać śpiewy i okrzyki kibiców ze stadionu :) Myśleliśmy, przyzwyczajeni do polskich zwyczajów, że po meczu lepiej będzie się trzymać stamtąd z daleka, ale nie było takiej potrzeby. Kibice różnych drużyn witali się, przybijając sobie piątki na ulicy i pili po meczu razem piwo w okolicznych knajpach.

Seler przed stadionen St. Pauli :))

Tego dnia jedliśmy kolację niedaleko stadionu w barze Jim Burrito's. Nie jest to 100% wegańskie miejsce, ale uwierzcie, że to w niczym nie przeszkadza. Za 8 euro zamówiliśmy sobie Quesadillas, ja i L. z tofu, Pan Seler ze szpinakiem. Do wyboru było jeszcze seitan oraz nopal, czyli smażone paski kaktusa. Wszystko oczywiście z wegańskim serem. Za około 15-20 minut przed każdym z nas ukazał się ogromny talerz z kawałkami Quesadillas, własnej roboty, mega, MEGA pysznym guacamole oraz salsą i sałatką. Rzadko mi się to zdarza, ale ostatni kawałek musiałam oddać Selerowi, jego Quesadilla ze szpinakiem była równie pyszna, ale nieco mniej sycąca, więc wcisnął jeszcze mój i L. ostatni kawałek po czym również poległ. Jeżeli chodzi o napoje, to do wyboru mamy przeróżne lokalne wyroby. My zdecywaliśmy się na Malzbier, czyli tak zwane piwo słodowe, bezalkoholowe. Wyszliśmy syci, ale jednocześnie nie ociężali. Zdecydowanie czuć było, że wszystko zostało świeżo przygotowane. Jeżeli będziecie w Hamburgu, to koniecznie musicie tam zajść!     
     


challenge accepted ! :D jami!

Po kolacji poszliśmy zwiedzić słynną imprezownię oraz zagłębie sex shopów, kabaretów, kasyn, burdeli i klubów ze stripteasem Hamburga, czyli Reeperbahn. Był poniedziałek, więc okolica była raczej spokojna, jedynie w jednym barze pogrywał zespół country i kilka osób zapraszało nas do obejrzenia pokazu tańca w jakimś ciemnym klubie :D Przeszliśmy tamtędy szybko, oglądając z niedowierzaniem niesamowicie wymyślne wystawy sklepów z łóżkowymi gadżetami. Wiało tandetą na kilometr, a smutne panie z papierosem i w pończochach stały oglądając przechodniów. Naprawdę nieciężko było sobie wyobrazić jak to kiedyś marynarze stęsknieni topili smutki w alkoholu i kobietach ( i na pewno nie tylko kobietach - o tym otwarcie mówi klimat na Reeperbahn ;)
W każdym razie po takich emocjach i przebytych prawie 1000km zmęczni wróciliśmy do hostelu.
Następnego dnia niestety już czekał nas wyjazd, ale ....
Rano wybraliśmy się do Wyższej Szkoły Sztuk Pięknych w celu złożenia teczki mojej siostry, taki był cel tej podróży :) Zaszliśmy obowiązkowo na zakupy do Veganz, tak, w Hamburgu też już jest filia i do pobliskiego Kauflandu, gdzie znaleźliśmy mnóstwo vegan smakołyków w naprawdę super cenach. Alsan za 70 centów, chociażby.... i bitą śmietanę sojową, wędliny różne, śmietankę do ubijania, jogurty wszelkiej maści, pasty na kanapki.... Były też do wyboru przeróżne gotowce: kilka rodzajów sznycli, klopsiki, wegańska sałatka w tuńczykiem, a także sery Wilmersburger - w plastrach i ten na pizzę. Może i my kiedyś doczekamy się takiego wyboru w supermarkecie w Polsce? :)
Po zakupach wybraliśmy się do znanego wegańskiego baru z fast foodem - Befried, taaaką ochotę mieliśmy na pommes, curry wurst, kebaba, czy chociaż burgerka małego! Niestety okazało, że mają czynne dopiero od 15, jakoś tego nie ogarnęliśmy.... szukająca przez blisko pół godziny internetu, w końcu wybraliśmy się do innego miejsca, w pełni wegańskiego - Fairy Food... powiem wam, że to chyba nie był nasz dzień.... Wygłodniali doszliśmy do drzwi, a tam przywitała nas karteczka "geschlossen".

smuteczek... zamknięte jeszcze Befried.

 Zdesperowani wróciliśmy na Schanzeviertel, dzielni gdzie był nasz hostel i... na pierwszym lepszym skrzyżowaniu objawiły nam się dwie budki z falafelami z opcją wegańską. Zdecydowaliśmy się Falafel Stern i to był strzał w dziesiątkę. Za 6 euro dostaliśmy ogromny talerz z 4 wielkimi falafelami, na kuskusie, z 3 sosami w tym jeden niezidentyfikowany, ale stawiam na bakłażan, hummus i sos ze słonecznika ( wygląda jak śmietanowy, ale spokojnie, jest wegański), do tego malutkie ziemniaczki z mundurkach, kalafior, smażony bakłażan, fasolka szparagowa i dwa rodzaje surówek. A, i chlebek pita do zagryzienia. Luuuudzie! nikt z nas nie był w stanie do zera zmieść talerza. Myślałam, że wyjdziemy stamtąd czołgając się, ale i tutaj czuć było, że wszystko zostało przygotowane ze świeżych składników. Naprawdę super!

tyyyyle żarełka dobrego!


Ogółem jeżeli chodzi o Hamburg mamy kilka wegańskich opcji, w większości są to kawiarnie, znajdzie się też jedna lodziarnia. Zjeść możemy w Befried czy Loving Hut - wszystkim nam znany lub skoczyć na burgera do Veganz. Nie ma co się jednak ograniczać do w pełni wegańskich lokali. Nie ma się czego bać, ludzie w Hamburgu ogarniają wegański styl życia, a gdy zapytacie obsługę w barze czy restauracji, czy możliwa jest opcja wegańska, to na pewno będą wiedzieli o co chodzi. Zresztą jeżeli chodzi o listę miejsc, gdzie są dania wegańskie jest naprawdę długa.



A-ha! W drodze do Hamburga zajechaliśmy też z ciekawości do Szczecina na burgera do "...i krowa cała". Obecnie, zimą burgery wydawane są w Green Way'u, który mieści się zaraz za ścianą lokalu.
Jak było?
Po pierwsze czekaliśmy niesamowicie długo. To nie był szybki wyskok na burgera, tylko jakbyśmy się wybrali na pięciodaniowy obiad... Niestety. Wzięliśmy każdy po burgerze z seitana. Było okej. Krowarzywa oczywiście z "całą krową" wygrywa. Sosy były za rzadkie, po podniesieniu burgera połowa wypływała, bułka zbyt sucha, kotlet z seitana jakby nasiąknięty tłuszczemk... Ogółem było okej, rozumiem, że gdy burgery wydawane w Green Way'u, to ich sprzedaż spadła, a niektórzy klienci wolą wziąć pełny obiad za tą samą cenę niż burgera. Stąd pewnie długi czas oczekiwania i wszystko było jakie było... Niemniej fajnie, że istnieje takie miejsce w Szczecinie no i ostatecznie wyszliśmy najedzeni :)




Tyle! koniec!
Za trochę ponad dwa tygodnie znowu jedziemy do Hamburga i do Berlina, więc mamy nadzieję, że odkryjemy kolejne ciekawe miejsca :)





wtorek, 18 lutego 2014

rrrrelacja plus sprint szarlotka orzechowa

Za każdym razem, gdy mam chwilę, by usiąść spokojnie i zajrzeć na bloga, przecieram oczy ze zdziwienia jak szybko mija czas. No ale jak już się przekonałam w przeciągu kilku ostatnich miesięcy, to nic na to nie poradzę. Najpierw sesja, później długi, długi wolny czas, który wykorzystałam na wyjazd do domu, rozpoczęcie pracy magisterskiej jeżeli chodzi o część manualną, ale również wzięłam się ostro na za część pisemną. A później hop siup, w najmniej oczekiwanym momencie wpadła szybka, spontaniczna akcja artystyczna i street artowa, która jednak spokojnie pożarła tydzień.
Jestem też w końcowej fazie planowania krótkiego wypadu do Hamburga na początku marca i w połowie marca do Berlina ( i również ponownie Hamburga po drodze) przy okazji składania teczek z pracami przez moją siostrę. Trzymać kciuki! ;) Wegańskie miejsca już mam mniej więcej obczajone, nocleg zarezerwowany. Będzie super, dużo zdjęć i nie mogę się doczekać! :))
Ostatnio żarcie, które gotowaliśmy w przeciągu ostatniego miesiąca były zachłannie relacjonowane przez pana Selera, który namiętnie wrzuca je na Instagrama, a ja poza gotowaniem owych dań i patrzeniem mu przez ramię na okienko telefonu nie mam z tym nic wspólnego ;)
Niemniej muszę mu ukraść kilka foteczek, bo strasznie ubolewam nad brakiem swojego lepsiejszego aparatu. Relacjonowanie potyczek kuchennych za pomocą miernej jakości aparatu w telefonie lub "wypadowego" kompakta, nie ma dla mnie najmniejszego sensu, a raczej w ogóle nie spełnia moich oczekiwań estetycznych, co sprawia, że "zdjęcia nie są warte bloga". No cóż...szkoda.
Także dziś lekki przekrój tego, co trafiało do naszych żołądków w ostatnim miesiącu.
A oprócz tego kupiliśmy w końcu czarną sól - eureka! ;) a co za tym idzie zrobiliśmy super, ekstra pastę bezjajeczną Jadłonomii oraz pastę, która smakuje jak pasta z wędzonej makreli, tak przynajmniej twierdzi opis z Puszki, bo osobiście niewiele pamiętam ze smaku makreli, nawet nie jestem pewna, czy kiedykolwiek wylądowała w moich ustach, ale faktycznie coś rybnego w niej jest. W każdym razie pasta totalnie podbiła moje serce, a obie bardzo urozmaiciły nasze życie miłośników tostów i kanapek :)
Aczkolwiek ostatnio, wraz z wiosną, którą, mówcie co chcecie, ewidentnie czuć już nawet na Warmii i Mazurach, a na polach pod Olsztynem podobno zawitały już nawet żurawie, staram się żyć nieco bardziej fit. Oczywiście o żadnej diecie nie ma mowy. Jestem zdania, że żyjąc wegańsko i tak już robię swojemu organizmowi wielką przysługę.
Staram się jednak zaczynać dzień od dwóch szklanek wody, a następnie owsianki, o ile w najmniej spodziewanym momencie nie odkryjemy jej braku. Żałuję jeszcze, że wszystkie inne od biedrowego czytaj: zdrowsze, mleka roślinne są takie drogie... ostatnio piliśmy naturalne alpro i różnica po długim, długim czasie wypijania tylko mleka biedrowego, była szokująca. "Gdzie ten cukier?!" Ale jednocześnie zbożówka czy owsianka miały o wiele bardziej orzeźwiający smak, nie zalepiający jakby od wewnątrz. Oczywiście nie jest to ani dla mnie, ani dla was pewnie żadna nowość, ale jednak trafiło to do mnie jakby ponownie.
Kurczak... muszę zwieźć do Ol  tę maszynę do mleka roślinnego. :)
Poza tym zaczęłam się w końcu nieco ruszać. Po tym jak przeprowadziłam się do centrum i wszędzie mam max 15 minut drogi, a sprzątaczka kazała nam wynieść rowery na strych i do tej pory nie dostaliśmy do niego klucza ( a tu wiosna nagle się pojawiła!) ruszałam się niewiele. Kiedyś mieszkając około 6km od uczelni bywało, że dojeżdżałam tam codziennie rowerem. 12km dziennie i nie były mi już potrzebne żadne inne czynności fizyczne, a i łakoci się jadło o wiele, wiele więcej, bo kuchnia obszerniejsza :) Teraz jest inaczej, a widmo skinny fat zaczęło mi zaglądać do oczu :D zapisałam się z koleżanką do fitness clubu, ukradłam Selerowi buty i mam zamiar ponadto biegać od czasu do czasu. Na razie od miesiąca bywałam raz w tygodniu na porządnym wycisku i od razu czuję się lepiej, a co fajniejsze mój organizm domaga się jeszcze więcej ruchu. Wczoraj tak mnie rozpierała energia, że wróciłam z uczelni do domu, zmieniłam odzienie i wybiegłam w miasto, co prawda po 15 minutach już miałam ochotę zawrócić do domu, ale dzielnie wytrzymałam jeszcze co najmniej drugie tyle ;)

Okej, co tu dużo gadać miało być żarcie, to będzie żarcie! ;)

pulpeciki z kaszy jaglanej wg Matki weganki ze sosem szpinakowym, zabielonym śmietanką migdałową.
Do tego paszteciki z soczewicą, które postanowiły otworzyć się na świat ;)
MEGA pyszne i MEGA zdrowaśne ;)


Z serii: posiłek dla zmęczonego, wracającego o 23 do domu małżonka :D
Drożdżowe pierożki z nadzieniem z soczewicy, kaszy gryczanej, marchewki
Konkretnie przyprawione, polane sosem, który miał być serowy, ale z miłości do diżońskiej musztardy wyszedł musztardowy :)

Szybki obiad, tzw "resztkowy"
Uduszone warzywa w sosie pomidorowym: marchewka, groszek, seler naciowy, czerwona fasolka, brokuł, a do tego pomidorki szuszone :)
Okraszone wegańskim parmezanem z migdałów i płatków drożdżowych.
Piekelnie przyprawione.
Niby nic, a trzyma dłuuugo, dodaje sił i jest smaczne.



A tu takie, takie walentynkowe, spontaniczne stwory. Niby walentynek nie obchodzimy, ale gdy widzisz pięknie, kiczowate i czerwone wystawy sklepowe w wiejskim szmatolandzie ( ręcznie wycinane, krzywe serca - lowe ;), to aż ci się samo nasuwa, by kupić swojej lubej czekoladki z wiśnią, a lubemu usmażyć kilka różowych naleśniorów. Szczególnie jeżeli kilka tygodni temu nauczyłaś się je robić ;)
Tutaj, jako że spontaniczne, zmieszane z barwnikiem spożywczym - plastikowe jak serca na wystawkach walentynkowych. Jeżeli kogoś zauroczą, to rekomenduję jednak użycia jako barwnika kilku kropel soku z buraka. Będzie równie piękne i dodatkowo o niebo bardziej naturalne .
Na środeczku wspomniana pralinka wiśniowa już po roztopieniu. :)

A teraz na serio...
jakiś przepis, chociaż najprostszy by się przydał, co?

Nie wiem jak wy, ale ja, choć czuję wiosnę, to jednak nie ufam do końca tym pierwszym promieniom słońca. Co za tą nieufnością idzie? na pewno w chwili uniesienia nie kupię plastikowych truskawek, które powoli pojawiają się w sklepach. Mam teorię co do tego. Jak to supermarkety chcą wykorzystać pierwsze wiosenne uniesienia ludzi, ach.... no i zapotrzebowanie na czerwone owoce do walentynkowych deserów, notak....
W każdym razie pozostaję wierna jabłkom. Cytrusami już rzygam
Tym razem szarlotka na najlepszym biszkoptowym spodzie ever, który nietrudno znaleźć na moim blogu, bo pozostanę mu dozgonnie wierna, ale dodatkowo, oprócz jabłek kryją się pod kruszonką, orzechy laskowe. mmm... :)
Całkiem zimowe smaki jeszcze, co?

W każdym razie....
przepis na biszkopt jest tu na przykład.
Oprócz tego obieramy około 0,5kg jabłek, kroimy je na malutkie kawałeczki i dusimy z cukrem, imbirem, cynamonem i odrobinką chilli.
Jak zrobi nam się ładny dżemor, chwilę studzimy i wrzucamy na ciasto, które już powinno czekać wylane w formie. Wysypujemy na to połamane orzechy włoskie ( około 100g) i na to kruszonkę, którą przygotowujemy z oleju i mąki w proporcjach 1:1.
Jeszcze lepsza kruszonka wyjdzie wam oczywiście jeżeli zamiast oleju użyjecie vegan margaryny.
Ja akurat mam deficyt Alsana :(


Nie jest to być moze super wyrafinowany deser, ale cenię sobie to, że mogę zrobić szybkie, domowe ciasto, wrzucić tam, to co chcę. Zasłodzić się totalnie albo wręcz przeciwnie - z cukru zupełnie zrezygnować, dodać masę orzechów, bakalii, owoców - co dusza zapragnie.
Wszystko to wolę od zacukrzonych batoników, chipsów i innych typowo sklepowych gówien, nawet jeżeli są wegańskie.


Okej...
a następnym razem będziemy gościć tę oto księżniczkę: