Nawet nie zdążyłam zepsuć wiosennych botków, a już muszę się przerzucać na trampeczki - tak bardzo ciepło jest! W końcu zebrałam się i ogarnęłam również swoją część balkonu, kupiłam cudne pastelowe doniczki, krzak lawendy oraz standardowo aksamitki i bratki :)
Niedługo zaczną się obiady i weekendowe leniwe śniadania na balkonie !
Skoro tak mowa o pastelach i o wiośnie, to wypadałoby wrzucić coś lekkiego, jakąś sałatkę, lekki deser w formie musu, ale kto, by się nie skusił mimo pięknej pogody i wiosennych uniesień na pieczeń z prawdziwego zdarzenia z dodatkiem młodych ziemniaczków? hm?
Ja bardzo chętnie :)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą deserowa inspiracja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą deserowa inspiracja. Pokaż wszystkie posty
środa, 22 kwietnia 2015
poniedziałek, 16 lutego 2015
Kanebullar - czyli zjedz ślimaka zamiast pączka! :)
Walentynki, Tłusty Czwartek - jedno i drugie spędziłam bez zbędnych fajerwerków w domku u mamusi, wśród moich kochanych zwierzaków leniuchując i chodząc na długie, długie spacery. Idealna regeneracja, biorąc pod uwagę, że teraz przede mną kolejny wir pod tytułem praca-uczelnia-praca-uczelnia i zupełny brak weekendów i słodkich niedzielnych śniadań. Smuteczek straszliwy! Jaglanka w kubełek i wio na zajęcia! Tyle!
Miałam dziś do wyboru: uczyć się na egzamin, robić swoją codzienną porcję ćwiczeń lub napisać posta. Wygrał post. Jakoś mnie to nawet nie dziwi, hihi ;)
Siłą rzeczy ostatnio cała kulinarna blogosfera zaczęła żyć pączkami. Ja też poprosiłam mamę, by wyczarowała mi na mój przyjazd kilka. Wyszły nadziewane racuchy i szarlotka - też dobrze.
Miałam dziś do wyboru: uczyć się na egzamin, robić swoją codzienną porcję ćwiczeń lub napisać posta. Wygrał post. Jakoś mnie to nawet nie dziwi, hihi ;)
Siłą rzeczy ostatnio cała kulinarna blogosfera zaczęła żyć pączkami. Ja też poprosiłam mamę, by wyczarowała mi na mój przyjazd kilka. Wyszły nadziewane racuchy i szarlotka - też dobrze.
(źródło: Sallys Baking Addiction)
poniedziałek, 25 sierpnia 2014
Strucla Jabłkowa Viedeńska ;)
Minęło już chyba z pół roku od ostatniego posta. Przymykam na to oczy, podnoszę ręce i przyznaję się bez bicia - czas był, jeść jadłam, piec piekłam - no to ostatnie może nieco mniej, ale nic w pełni nie jest stanie usprawiedliwić mojego tutejszego niebycia. Bardzo chciałabym odnaleźć znowu w sobie chęć i inspirację do tego, by blog ten, który jest niejako moim wegańskim dziecięciem dalej żył i trwał w swoim bajkowym klimacie. :) Będę się starała, mimo tego, że akurat teraz prywatnie czeka mnie wiele zmian, ale może właśnie wyjście z pewnego rodzaju stagnacji sprawi, że blog ten znowu ożyje! :)
Nie zrozumcie mnie źle, dokumentowanie tego co jem, co gotuję, jak gotuję i w ogóle tego, co dzieje się wokół mnie nadal mam we krwi, lecz tak jak wielu wybrałam tę szybszą i zapewne wygodniejszą drogę wizualna, czyli Instagrama. Jest to fajna sprawa, ale często łapią mnie wyrzuty sumienia, że zdjęcia wychodzą gorsze niż powinny lub mogłyby być, szczególnie teraz, gdy znowu jest coraz wcześniej ciemno. Blog to jednak blog, ten urok ustawiania i przystrajania potrawy. Oczywiście nie zawsze aparat jest na miejscu, nie zawsze światło dobre, a czekać na lepsze nie można, bo za plecami domownicy już czekają z talerzami na kawałek ciasta i za chwilę wszystko zniknie;) To jednak do blogowania wkłada się jakoś więcej serca i własnej duszy, teraz szczególnie to odczuwam :) Niemniej Insta to wygodna i przede wszystkim szybka forma rozprzestrzeniania wegańskiego stylu życia. Jeżeli macie ochotę zobaczyć co gotuję i jem i co mnie porusza, to zajrzyjcie czasem na mój profil : http://instagram.com/v_fairy :)
Dziś natomiast przepis do tego, co pojawiło się również w formie zdjęciowej na insta, czyli Wiener Apfelstrudel, a więc Wiedeńskiej Strucli Jabłkowej, ale w wersji wegańskiej, a że jabłka ostatnio w modzie pod każdym względem, to tym bardziej warto powtórzyć ten przepis !
Zapraszam do ugniatania i wałkowania, bo to esencja prawdziwej wiedeńskiej strucli! :D
Nie zrozumcie mnie źle, dokumentowanie tego co jem, co gotuję, jak gotuję i w ogóle tego, co dzieje się wokół mnie nadal mam we krwi, lecz tak jak wielu wybrałam tę szybszą i zapewne wygodniejszą drogę wizualna, czyli Instagrama. Jest to fajna sprawa, ale często łapią mnie wyrzuty sumienia, że zdjęcia wychodzą gorsze niż powinny lub mogłyby być, szczególnie teraz, gdy znowu jest coraz wcześniej ciemno. Blog to jednak blog, ten urok ustawiania i przystrajania potrawy. Oczywiście nie zawsze aparat jest na miejscu, nie zawsze światło dobre, a czekać na lepsze nie można, bo za plecami domownicy już czekają z talerzami na kawałek ciasta i za chwilę wszystko zniknie;) To jednak do blogowania wkłada się jakoś więcej serca i własnej duszy, teraz szczególnie to odczuwam :) Niemniej Insta to wygodna i przede wszystkim szybka forma rozprzestrzeniania wegańskiego stylu życia. Jeżeli macie ochotę zobaczyć co gotuję i jem i co mnie porusza, to zajrzyjcie czasem na mój profil : http://instagram.com/v_fairy :)
Dziś natomiast przepis do tego, co pojawiło się również w formie zdjęciowej na insta, czyli Wiener Apfelstrudel, a więc Wiedeńskiej Strucli Jabłkowej, ale w wersji wegańskiej, a że jabłka ostatnio w modzie pod każdym względem, to tym bardziej warto powtórzyć ten przepis !
Zapraszam do ugniatania i wałkowania, bo to esencja prawdziwej wiedeńskiej strucli! :D
Kremu ani bitej śmietany nie miałam, ale jeżeli macie ochotę to możecie takową zamówić tutaj lub zrobić taką samemu z migdałów czy słonecznika :)
Do dzieła!
( z podanych proporcji wyjdą wam dwie strucle)
Potrzebujecie:
na ciasto:
-250 gram mąki
-łyżka wegańskiej margaryny ewentualnie oleju
-łyżka octu jabłkowego
-szczypta soli
-trochę mniej niż pół szklanki letniego mleka roślinnego
-dwie łyżeczki zmielonego siemienia lnianego
-4 łyżki wody
farsz:
-1 do 1,5 kg jabłek ( polskich! :)
-150 gram cukru - możecie mniej lub więcej w zależności od tego jak słodkie lub kwaśne są jabłka
-odważna łyżeczka cynamonu
-solidny haust amaretto
-garść lub mniej rodzynek - o ile lubicie :)
-olej słonecznikowy
-bułka tarta
Przede wszystkim przygotujcie łapki na dość długie ugniatanie. Jest to konieczność przy pieczeniu dobrej, prawdziwej strucli. :)
Zmieszajcie w misce wszystkie składniki na ciasto. Mąkę warto przesiać przez sitko, a siemię lniane mieszamy z czterema łyżkami wody aż do uzyskania konsystencji gęstego kisielu i wrzucamy także do ciasta. I teraz zaczynamy fitness ;) Ciasto należy ugniatać 15-20 minut, aż wyjdzie nam piękna, elastyczna plastelinka. Formujemy kulę, smarujemy ją delikatnie olejem i odstawiamy na bok, aby sobie odpoczęło.
W tym czasie przygotowujemy jabłka. Obieramy je i szatkujemy na cienkie listki. Najlepiej użyć do tego tarki, tego podłużnego pojedynczego otworu, który chyba służy do tarkowania ogórków do mizerii ;)
Potarkowane jabłka posypujemy cukrem i cynamonem i zalewamy alkoholem i dodajemy rodzynki. Możecie również dodać innych bakalii albo na przykład płatków migdałowych.
Odstawiamy jabłka i przechodzimy znowu do ciasta.
Naszą kulkę dzielimy na dwie części.
Jedną z nich kładziemy na czystej ścierce kuchennej, posypanej mąką. Uwierzcie, że przy strucli takie rozwiązanie jest najwygodniejsze!
Przystępujemy do wałkowania. Jest to dosyć żmudna praca, gdyż ciasto musi być naprawdę jak najcieńsze. Wiedeńczycy powiadają, że ciasto do strucli powinno być tak cienkie, by można było przez nie czytać gazetę. Jednocześnie powinno jednak nadal być elastyczne i się nie rwać. Po kilku minutach wałkowania łatwo wyczuć będzie ten moment :)
Rozwałkowane ciasto smarujemy pędzelkiem olejem.
Bułkę tartą podprażamy lekko na suchej patelni i wysypujemy na ciasto, a na to połowę odsączonego farszu jabłkowego.
Zaginamy krótsze brzegi i zwijamy ciasno, zaczynając od dłuższego brzegu - wiecie o co cho ;)
Przy pomocy ściereczki kuchennej zwinnie przerzucamy struclę na blachę do pieczenia i smarujemy wierzch olejem.
Identycznie postępujemy z drugą kulką ciasta.
Obie strucle wstawiamy do rozgrzanego do 200 stopni piekarnika i pieczemy około 30-40 minut lub aż ciasto się zarumieni.
Po wyciągnięciu posypujemy cukrem pudrem i jeżeli możecie ozdabiacie kapką bitej śmietany lub innego kremu, tak jak w Bękartach Wojny ;)
Dla mnie najbardziej magiczne w strucli jest pierwsze wkłucie widelczyka w chrupką cienką skorupkę ciasta, które wydaje charakterystyczny dźwięk.
Aż ślinka cieknie!
Smacznego! :D
( przepraszam za słabą jakość zdjęć, to efekt takiej szybkiej dokumentacji kulinarnej telefonem :)
piątek, 10 stycznia 2014
Trochę łakoci
Dziś będzie taka relacja z wypieków świątecznych, choć były to ciasta, które z powodzeniem możemy upiec w każda porę roku i na każde wymyślone nawet święto :) Oczywiście królową ciast był tort. Tym razem wymyśliłam sobie wegańską wersję najsłynniejszego niemieckiego tortu, czyli Schwarzwälder Kirschtorte, szerzej znanego u nas jako Czarny Las. Jest to też zarazem jedno z moich ulubionych ciast, które pamiętam jeszcze z czasów dziecięcych. Poza tortem na świątecznym stole znalazły się jeszcze sernik z tofu z brzoskwiniami, makowiec na kruchym spodzie, a do świątecznego śniadania chałka z nadzieniem serowym z żurawinami.
W zasadzie post będzie miał po części jedynie formę relacji, gdyż większość przepisów albo już była albo zaczerpniętych jest z innych stron. Pojawią się zatem linki, ale też wskazówki i jakiś przepis też się znajdzie ;) A zdjęcia tutaj się pojawiające niech staną się motywacją i dowodem na to, że piec wegańsko każdy może :)
start!
W zasadzie post będzie miał po części jedynie formę relacji, gdyż większość przepisów albo już była albo zaczerpniętych jest z innych stron. Pojawią się zatem linki, ale też wskazówki i jakiś przepis też się znajdzie ;) A zdjęcia tutaj się pojawiające niech staną się motywacją i dowodem na to, że piec wegańsko każdy może :)
start!
Serniczek powstał z tego oto przepisu - Tofurnik z brzoskwiniami. Robiłam go już wcześniej kilka razy i przepis jest naprawdę świetny, gdyż sernik wychodzi absolutnie zawsze :)
Makowiec wzięłam ze starej, dobrej puszki.pl - Makowiec na kruchym cieście. Robiłam pierwszy raz i następnym razem dodałabym nieco syropu z agawy lub po prostu cukru do spodu. Dodatkowo zrobiłam też kruszonkę, wydaje mi się, że to dodaje smaku makowcowi. I uwaga! spód wychodzi naprawdę bardzo, bardzo kruchy :)
Chałka! przedstawiałam ją wam kilka postów wcześniej. Naprawdę super się nadaje na leniwe śniadanie. Warto więc dzień wcześniej ją przygotować i ze smakiem zjeść w towarzystwie kubka zbożówki lub gorącego mleka roślinengo. Przepis znajdziecie tutaj: Chałka . To naprawdę banalnie proste ciacho, a z nadzieniem można dowolnie kombinować. Ja do opisanego w poście nadzienia z tofu dodałam suszone żurawiny.
I oczywiście tort!
Tutaj proporcje też wiecznie te same. Zatem link: Tort ALE! Jeżeli o chodzi o tort "schwarzwaldzki", to nie na tym przepisie historia się kończy.
Przede wszystkim biszkopt przygotowujemy z 1,5 porcji podanych składników + dodajemy kakao lub roztopioną tabliczkę dobrej, gorzkiej czekolady. W Czarnym Lesie chodzi o to, by biszkopty miały mocny, kakaowym posmak. Tort tniemy też na 3 placki, a nie na 4 jak w przepisie wyżej.
I uwaga! Ja musiałam zrobić grubszy biszkopt ( stąd 1,5 porcji), gdyż nie miałam pod ręką dobrego, ostrego noża. Idealnie byłoby mieć bardzo ostry, gładki nóż lub specjalny przyrząd do dzielenia biszkoptów i upiec biszkopt z jednej porcji i wtedy podzielić go na 3 cieniutkie placki.
Masę robimy tak jak w przepisie. Zazwyczaj jednak dodaję na wszelki wypadek jeszcze troszeńkę więcej mąki ziemniaczanej. I tutaj dałam aromat śmietankowy.
I teraz najważniejsze w Torcie Schwarzwaldzkim.
Zamiast owoców, dżemu i rumu, przygotowujemy kompot z mrożonych wiśni.
Będzie to tworzyło tzw. warstwę wiśniową.
Ja zrobiłam tak:
kupiłam dwie paczki mrożonych wiśni, które wrzuciłam do garnka i gotowałam na małym ogniu, aż się zupełnie rozpuściły i wytworzyły do tego sok.
Z tego odlewamy około 200ml, wraz z wiśniami - chyba że chcemy sobie zostawić kilka do dekoracji. Wszystko mieszamy z 2 łyżkami cukru i 2 łyżkami mąki ziemniaczanej
Zrobi nam się kisiel - masa wiśniową, którą, PO OSTYGNIĘCIU, zamiast dżemu i owoców będziemy przekładać placki.
Resztę kompotu mieszamy z dowolną ilością wiśniówki, ja dałam tak około 50ml.
Tą mieszanką będziemy nasączać blaty tortu. Nie należy sobie żałować! Blaty mają być naprawdę dobrze nasączone.
na każdy placek ( oprócz wierzchniego) nakładamy masę wiśniową i na to po chwili masę śmietanową.
I teraz robimy tak:
na każdy placek ( oprócz wierzchniego) nakładamy masę wiśniową i na to po chwili masę śmietanową.
Wierzch ubieramy w pozostałą masę śmietanową, ozdabiamy wierzch i boki starkowaną czekoladą i czym tam jeszcze chcemy. :)
muzyka, taniec, pieczenie <3
Ważne! Wszystkie uprzednio gorące składniki tortu bardzo dobrze chłodzimy. Przy obecnych warunkach najprościej robić to na zewnątrz.
wisienki :)
Już nasączone blaty, po lewej nawet z nałożoną masą wiśniową oraz masa śmietanowa.
Jeden placek już gotowy do przykrycia.
Gotowe!
I pamiętajcie! Tort najlepszy jest po kilka dniach leżakowania w lodówce.
A teraz jeszcze mały, poświąteczny bonus. Dziecinnie prosty, w sam raz, gdy mamy ochotę na coś słodkiego do nauki. Bo przypominam, że sesja już nadchodzi wielkimi krokami, sasasasa ;)
MUFFINY TOTALNIE ORZECHOWE
( i totalnie proste)
Potrzebujecie:
- 2 szklanek mąki
- 0,5 szklanki mąki migdałowej
- 3/4 szklanki cukru
- 1 łyżka proszku do pieczenia
- 1/4 szklanki oleju
- 1 szklanka mleka sojowego lub wody
- kilka łyżeczek masła orzechowego
- kilka orzechów włoskich pokruszonych i kilka w połówkach
Z pierwszych sześciu składników mieszamy ciasto, ale nie za długo, dosłownie tyle, by się połączyły składniki. Ciasto ma być gęste, o wiele gęstsze niż do zwykłego biszkoptu.
Następnie wrzucamy pokruszone orzechy i jeszcze raz lekko mieszamy.
Foremki napełniamy około do połowy, po czym nakładamy około pół łyżeczki masła orzechowego, a na koniec przykrywamy kolejną warstwą ciasta i ozdabiamy połówkami orzechów włoskich.
Pieczemy w około 180 stopniach aż się ładnie zarumienią, czyli w zależności od piekarnika, będzie to około 30 minut.
Babeczek wychodzi sporo, spokojnie starczy na dwa dni intensywnej nauki dla dwóch osób :) i poza tym wychodzą naprawdę super pulchne.
mufinior w akcji :)
A poza tym:
dzisiejsze drugie śniadanko. Może się wydawać, że to nic wielkiego, ale od przedwczoraj zaczęły mi dziwnym trafem nagle wychodzić naleśniki. Jestem pod takim wrażeniem, że muszę wciąż na nowo się o tym przekonywać :D
i świąteczne kocikocikoci
*
niedziela, 10 lutego 2013
Seleryba zaplątana w algach i inne historie
Część z was zapewne już kojarzy wspaniały przepis pochodzący z bloga Vegelicious.
Selerowe filety udające rybne robiłam pierwszy raz w święta, zrobiły furorę, ale osobiście uważam, że nie złapałam dobrze proporcji.
Dzisiaj kupiłam selera z zamiarem powtórzenia tego przepisu... no i zapomniałam przyprawy do ryb, ale to nic! Postanowiłam zaufać własnemu smakowi i jakoś skleić jedną z wersji tychże filetów.
Dodałam też do przepisu algi, co dodatkowo dodaje filetom tego charakterystycznego "morsko-rybiego" smaku i zapachu :)
Także tak jak według Vegelicious potrzebujemy:
-1 dużego selera
-ciasta naleśnikowego wg własnego przepisu;)
-przypraw... i tu ja użyłam : ziół prowansalskich, chilli, curry, soli, papryki słodkiej i pieprzu ziołowego
oraz:
-alg
Selera kroimy w plastry grubości około 1cm i gotujemy aż zmiękną.
Wyciągamy, lekko odsączamy i nacieramy mieszanką przypraw.
Następnie owijamy w algi, zanurzamy w cieście naleśnikowym i smażymy z obu stron.
I tak postępujemy z każdym plastrem.
Proste!

Tacy jesteśmy piękni! ;) A na środeczku prezent - Pan Klon , zamieszka niedługo w ogródeczku ;)
Zaś taki "swój" Tłusty Czwartek nadrobiłam jeszcze muffinami dla siebie i siostry, w piżamce z książką i kubkiem zbożowej.
Selerowe filety udające rybne robiłam pierwszy raz w święta, zrobiły furorę, ale osobiście uważam, że nie złapałam dobrze proporcji.
Dzisiaj kupiłam selera z zamiarem powtórzenia tego przepisu... no i zapomniałam przyprawy do ryb, ale to nic! Postanowiłam zaufać własnemu smakowi i jakoś skleić jedną z wersji tychże filetów.
Dodałam też do przepisu algi, co dodatkowo dodaje filetom tego charakterystycznego "morsko-rybiego" smaku i zapachu :)
Także tak jak według Vegelicious potrzebujemy:
-1 dużego selera
-ciasta naleśnikowego wg własnego przepisu;)
-przypraw... i tu ja użyłam : ziół prowansalskich, chilli, curry, soli, papryki słodkiej i pieprzu ziołowego
oraz:
-alg
Selera kroimy w plastry grubości około 1cm i gotujemy aż zmiękną.
Wyciągamy, lekko odsączamy i nacieramy mieszanką przypraw.
Następnie owijamy w algi, zanurzamy w cieście naleśnikowym i smażymy z obu stron.
I tak postępujemy z każdym plastrem.
Proste!
W ogóle ostatni tydzień był obfity w kucharzenie z radością i spokojem. ( Taki urok zdania wszystkiego przed sesją i 3-tygodniowych ferii ;))
Po Selerybie powstały double chocolate cookie muffins, czyli mega czekoladowe muffiny z nadzieniem czekoladowym i kawałkami herbatników...
iiii Tłusty Czwartek przecież też był! planowałam pączki - oczywiście. Kupiłam we wtorek wszystkie potrzebne składniki no i dostałam smsa od znajomej, że przecież bliska naszym serduchom promotorka, a w sumie to już bliska przyjaciółka ma urodziny i czy może zrobimy jej torta.
Jako że mamy dwóch wegan w pracowni ( ja + kolega :), to aby wszyscy się najedli podczas urodzinowego poczęstunku tort musiał być oczywiście wegański.
Wyszedł ach śliczny.
Z Funcikiem - naszym pracownianym pupilkiem jako zwieńczenie :D
Zdążyłam zrobić zdjęcie już jedynie połowie.
Funcik Funcik <3
Tacy jesteśmy piękni! ;) A na środeczku prezent - Pan Klon , zamieszka niedługo w ogródeczku ;)
Zaś taki "swój" Tłusty Czwartek nadrobiłam jeszcze muffinami dla siebie i siostry, w piżamce z książką i kubkiem zbożowej.
Ugotowałam też w tym tygodniu ( aż wstyd się przyznać!) swoją pierwszą w życiu zupę ogórkową. Z niewiadomych przyczyn chodziła za mną kilka dni i w końcu musiałam ją zrobić :D
Lubię tak opowiadać poprzez obrazy. Weekend ten spędziłam znowu u rodziców w domu, idąc na spacer po zamarzniętym Niegocinie i nie mając przy sobie aparatu czułam się jak bez ręki. Mogłabym mieć aparat fotograficzny w oku, to byłoby cudo. Mniej więcej od kiedy ponad rok temu zrealizowałam projekt fotograficzny o nazwie 365 Days Project, zakorzeniła się we mnie potrzeba rejestrowania całej otaczającej mnie rzeczywistości i zapisywania jej za pomocą zdjęć.
Każda myśl może się łączyć z jakimś obrazem, czymś wizualnym.
Myśl na dziś jest dosyć prozaiczna, bo...
Serio, mogłaby być już wiosna.
♥
niedziela, 5 lutego 2012
Kotleciki szpinakowo-soczewicowe lub soczewicowo-szpinakowe ;)
Aktualne mrozy o dziwo mnie nie rozleniwiają! Gdy inni mają ochotę siedzieć pod kocykiem z książką, herbatą i czekoladą w domu, mnie rozwala od wewnątrz jakaś niesamowita energia. Mam ochotę biegać, fotografować, skakać, jeździć na sankach i ogólnie spędzać jak najwięcej czasu poza domem. Dodatkowo mam ochotę na lekkie, zdrowe dania i przede wszystkim koktajle warzywno-owocowe.
Ostatni tydzień spędziłam u rodziców, więc siłą rzeczy musiałam się do nich kulinarnie dostosować. (Mama mimo wszystko nie pozwoli sobie odebrać berła w kuchni, a ja staram się unikać kłótni pod hasłem "Ja wiem lepiej jak to zrobić".) Lubię swoją kuchnię i gdy mogę spędzić kilka godzin sama gotując. Dodatkowo wyznaję zasadę, że tylko będąc spokojnym jedzenie się uda. Staram się nie brać za gotowanie, gdy jestem zdenerwowana, a już szczególnie, gdy jest to danie na ważniejszą niż codzienny obiad okazję. Będąc samej w kuchni mogę się skupić i wyczarować coś co będzie moje, moim sposobem i być może moimi błędami stworzone.
Absolutnym wyjątkiem jest gotowanie ze znajomymi, gdzie wspólnie się czegoś uczymy i rozkminamy jak coś zrobić, by dobrze smakowało, a wszyscy są względem siebie równi. Takim przykładem jest chociażby cotygodniowe gotowanie z olsztyńskim kolektywem Food Not Bombs, które daje mi niesamowitą radość:)
FOOD NOT BOMBS - OLSZTYN Na stronce mamy zamiar zamieszczać z czasem coraz więcej przepisów na dania, które zazwyczaj tworzymy spontanicznie z dostępnych danego dnia produktów. Póki co znajdziecie tam przepis na świąteczne muffiny, które sprzedawaliśmy w ramach Warmińskiego Jarmarku Świątecznego :)
Cóż...wrócę jednak do tematu postu. Wbrew zasadzie, że gdzie kucharek sześć, tam nie ma co jeść, zdarza mi się z mamą stworzyć też coś pysznego. I tak też było kilka dni temu... Miałyśmy zamiar zrobić zwykłe kotleciki z soczewicy. Zostało mi jednak pół opakowania szpinaku, z którego robiłam sobie koktajl. Stwierdziłyśmy więc, że nie nic nie może się zmarnować, a zamrażarki nie opłaca się włączać na pół paczki szpinaku.
I tak powstały banalnie proste kotleciki soczewicowo-szpinakowe! :)
Potrzebujemy:
-około 1,5 szklanki czerwonej soczewicy
-pół paczki mrożonego szpinaku w liściach
-3 ząbki czosnku
-bułkę tartą
-przyprawy.... sól, pieprz ziołowy, curry ...
-opcjonalnie kilka pieczarek
Soczewicę gotujemy aż będzie miękka i wchłonie wodę. Szpinak dusimy, dodajemy czosnek i ewentualnie pieczarki i jeszcze chwilę dusimy. Wszystko mieszamy w jednym garnku ze sobą, doprawiamy i dodajemy bułki tartej aż do uzyskania zwartej masy. Powinna nie lepić się do rąk, a kotlecik po uformowaniu powinien się nie rozpadać. Gdy zaistnieje taka sytuacja, że zabraknie bułki tartej można ostatecznie dorzucić nieco mąki. Uformowane kotleciki obtaczamy jeszcze w bułce tartej i smażymy.
Voilà !
Podajemy z kapuchą kiszoną własnej roboty ( bo ta jako jedyna dostarcza nam witamin, ostatnio wolę całkowicie zrezygnować z kapusty kiszonej niż jeść tą sklepową) i kaszą lub ryżem,o!
A jako kotlecik do wege burgera też się idealnie nadają. Sprawdziłam na następny dzień ;)
Ostatni tydzień spędziłam u rodziców, więc siłą rzeczy musiałam się do nich kulinarnie dostosować. (Mama mimo wszystko nie pozwoli sobie odebrać berła w kuchni, a ja staram się unikać kłótni pod hasłem "Ja wiem lepiej jak to zrobić".) Lubię swoją kuchnię i gdy mogę spędzić kilka godzin sama gotując. Dodatkowo wyznaję zasadę, że tylko będąc spokojnym jedzenie się uda. Staram się nie brać za gotowanie, gdy jestem zdenerwowana, a już szczególnie, gdy jest to danie na ważniejszą niż codzienny obiad okazję. Będąc samej w kuchni mogę się skupić i wyczarować coś co będzie moje, moim sposobem i być może moimi błędami stworzone.
Absolutnym wyjątkiem jest gotowanie ze znajomymi, gdzie wspólnie się czegoś uczymy i rozkminamy jak coś zrobić, by dobrze smakowało, a wszyscy są względem siebie równi. Takim przykładem jest chociażby cotygodniowe gotowanie z olsztyńskim kolektywem Food Not Bombs, które daje mi niesamowitą radość:)
FOOD NOT BOMBS - OLSZTYN Na stronce mamy zamiar zamieszczać z czasem coraz więcej przepisów na dania, które zazwyczaj tworzymy spontanicznie z dostępnych danego dnia produktów. Póki co znajdziecie tam przepis na świąteczne muffiny, które sprzedawaliśmy w ramach Warmińskiego Jarmarku Świątecznego :)
Cóż...wrócę jednak do tematu postu. Wbrew zasadzie, że gdzie kucharek sześć, tam nie ma co jeść, zdarza mi się z mamą stworzyć też coś pysznego. I tak też było kilka dni temu... Miałyśmy zamiar zrobić zwykłe kotleciki z soczewicy. Zostało mi jednak pół opakowania szpinaku, z którego robiłam sobie koktajl. Stwierdziłyśmy więc, że nie nic nie może się zmarnować, a zamrażarki nie opłaca się włączać na pół paczki szpinaku.
I tak powstały banalnie proste kotleciki soczewicowo-szpinakowe! :)
Potrzebujemy:
-około 1,5 szklanki czerwonej soczewicy
-pół paczki mrożonego szpinaku w liściach
-3 ząbki czosnku
-bułkę tartą
-przyprawy.... sól, pieprz ziołowy, curry ...
-opcjonalnie kilka pieczarek
Soczewicę gotujemy aż będzie miękka i wchłonie wodę. Szpinak dusimy, dodajemy czosnek i ewentualnie pieczarki i jeszcze chwilę dusimy. Wszystko mieszamy w jednym garnku ze sobą, doprawiamy i dodajemy bułki tartej aż do uzyskania zwartej masy. Powinna nie lepić się do rąk, a kotlecik po uformowaniu powinien się nie rozpadać. Gdy zaistnieje taka sytuacja, że zabraknie bułki tartej można ostatecznie dorzucić nieco mąki. Uformowane kotleciki obtaczamy jeszcze w bułce tartej i smażymy.
Voilà !
Podajemy z kapuchą kiszoną własnej roboty ( bo ta jako jedyna dostarcza nam witamin, ostatnio wolę całkowicie zrezygnować z kapusty kiszonej niż jeść tą sklepową) i kaszą lub ryżem,o!
A jako kotlecik do wege burgera też się idealnie nadają. Sprawdziłam na następny dzień ;)
A na późny deser cóż może być cudowniejszego niż gorące naleśniki z malinami i cynamonem oraz kawa zbożowa!
Subskrybuj:
Posty (Atom)







