czwartek, 20 września 2012

niebycie sieciowe i bywanie tu i tam ;)

Bo tak! bo latem starałam się omijać komputer szerokim łukiem jak najczęściej.
Tyle pięknych chwil otaczało mnie w ciągu tych kilku miesięcy.
Niesamowite ile dać mogą podróże i nowe znajomości.
Ileż pozytywnej energii, ale i mnóstwo emocji, także zupełnie skrajnych, a jednak takich, które znalazły już miejsce w najbezpieczniejszych zakamarkach mej pamięci.
Wiele z tego wydarzyło się właśnie tutaj, gdzie mieszkam. Kocham, naprawdę kocham Mazury i moje rodzinne miasteczko i każdego lata czuję to coraz bardziej i choć zawsze mówię, że chcę wyjechać, mieszkać kilka lat w Berlinie, kilka lat w Hamburgu, a kilka lat w jeszcze innym miejscu, to jednak łezka mi się w oku kręci, gdy wracam na studia do, choć tak pobliskiego, Olsztyna i tęsknię za widokiem porannego jeziora, kawie na huśtawce w ogródku, ludźmi, którzy tu pozostaną, psem, miejscami, które znamy tylko my, wycieczkami rowerowymi o 6 nad ranem po pieczywo dla gości, wycieczkami rowerowymi na pobliską, bezkresną łąkę, gdy jest mi smutno "bo tam się wszystko kończy i zaczyna, zapętla", zacieraniem się granic między porankiem a wieczorem, za szaloną radością a jednoczesnym spokojem i pewnością, bezpieczeństwem.
Chyba jeszcze nie wiem czego od życia chcę.
Może to i dobrze, przygarnę i przyjmę je tak jak się potoczy i dopiero wtedy będę je rzeźbić i tworzyć tak, by mi odpowiadało.
Z jednej strony chciałabym być wiecznie w podróży, mieć cały świat za swój dom i codziennie poznawać nowe twarze - oczywiście, spełnia mnie to, jestem wtedy najszczęśliwsza, ale...
ale czasami pragnę mieć kogoś kochanego u boku, psa, kota, milion książek, kominek, własny ogródek i mieszkać na największym zadupiu tego świata, gdzieś w lesie, daleko, daleko od wszystkiego. A jednak podróżować, zapraszać na ciasto z przydomowego rabarbaru znajomych.
Całe moje życie jest usiane dylematami... szczerze nie mam ochoty studiować jeszcze dwa lata, chętnie wyjechałabym gdzieś, pracowała z dzieciakami, organizowała dla nich warsztaty ekologiczne, kulinarne, plastyczne, cokolwiek, a jednocześnie marzy mi się zrobienie czegoś fajnego na dyplom magisterski...kontynuację moich tkanin recyklingowych, a może redesignerską kolekcję ciuchów typu zero waste? To byłoby coś fajnego, coś do czego ciągnie mnie od lat.
Cóż. Ekhm. Ale!
Jako że życie już wystarczająco wiele razy pokazało mi, że nie możemy go sobie zaplanować, a przynajmniej ja nie mogę, to czekam z niecierpliwością jak potoczy się dalej moja historia.
To tak, jakbym była romantyczną, zagubioną we współczesnym świecie bohaterką książki, a moje losy leżały w dłoniach autora.
Ostatecznie jednak zawsze wszystko dobrze się kończy i jestem zadowolona ze swojego obecnego życia i z tego, że jestem tak niesamowitym wrażliwcem. :)

Aby jednak nie było tylko gadania i użalania się i myślenia ( jesień wzmaga we mnie potrzebę myślenia i ubierania owych myśli w słowo pisane... codziennie z rana od kilku dni budzę się i przez pierwsze kilka minut myślę, tak po prostu, o tym co się dzieje wokół mnie, a także o zupełnych pierdołach i abstrakcyjnych sprawach:)). No więc właśnie... jako że blog z założenia wegański i  kulinarny, to niech i trochę o jedzeniu będzie tym razem.
Byłam w okolicach od końca sierpnia do 9 września w Chorwacji. Ot, rodzinny wypad.
Mieszkaliśmy w przemiłym pensjonaciku, który serdecznie wszystkim wege polecam, a szczególnie tym uprawiającym jogę. Pensjonacik posiada tzw. V-Label, czyli odznaczenie European Vegetarian Union, prowadzi kursy medytacji, jogi, a także udostępnia swoje pomieszczenia dla tego typu grup zorganizowanych. Serio, polecam, przemili ludzie, cudowne zwierzaki, piękne okolice i pokoiki również.
Gdyby ktoś był zainteresowany, to łapcie stronkę:
http://www.cherry-blossom.hr/
Jako że mieszkaliśmy w niewielkiej wiosce - bardzo nam zależało na tym, by być z dala od zgiełku turystów, to oprócz jednego obiadu w pensjonacie, na którym zostaliśmy zaproszeni, stricte wegańska oferta kulinarna nie była wielka. Królowało więc wszelkie risotto oraz pizza, której przyrządzenie wegańskiej wersji nie stanowiło w absolutnie żadnej restauracji problemu - w przeciwieństwie do polskich realiów...
Oprócz tego było wino, dużo, dużo, pysznego, domowej roboty wina oraz świeżo marynowane oliwki - pyyyycha! oraz mnóstwo lokalnych, świeżych owoców. Ogólnie - mimo pozornie tak ubogiego menu mogłabym się tak żywić cały czas.
No to... teraz czas na kilka zdjęć :)

drzewo oliwne!

śniadanka, ach, tak, i kilka słoików ajvaru przyjechało ze mną :)

EVU :)

winowinowino


resztki risotto z warzywkami, czarnymi oliwkami i migdałami!
Było tak pyszne, że dopiero, gdy talerz był niemalże czysty wpadłam na pomysł żeby zrobić zdjęcie ;)

chorwacka "fanta" - orangina .
Butelka zachwyca kształtem, miałam ochotę porwać ją do domu i zastosować jako wazon. :)

A tu ja, nieświadoma tego, że zostałam przyłapana na konsumowaniu Misch-maschu, czyli  wyżej wspomnianej oranginy z czerwonym winem.Pychotka :)


Jako soundtrack dzisiaj genialna i przesympatyczna brazylijska kapela StillxStrong, która zagrała u nas w Giżycku koncert w sierpniu ( pierwszy, pomijając Dnia Giżycka i inne dożynki koncert w ogóle od dłuuugiego czasu - co cieszy dodatkowo:)
W każdym razie chłopaki wymiatają ;))



sobota, 4 sierpnia 2012

Pieczone pierożki z bobem i wędzonym tofu.

Pieczonymi pierożkami z wędzonym tofu i ziemniakami w wykonaniu babci kumpla zajadaliśmy się czekając na polskich stacjach benzynowych na stopa, a jadąc na Fluff'a ( było, jak mówiłam, PYSZNIE kulinarnie!! jak i muzycznie).
W każdym razie minęło od tych chwil już trochę czasu, smak pozostał (mimo fluffowych pyszności), a  po drodze pojawiła się chęć na bób, który niestety, nie wiem dlaczego, rzadko gości na mym stole.
Gdzieś w podświadomości stwierdziłam, że jedynie słuszną decyzją będzie upieczenie z jego udziałem pierożków.
No i proszę bardzo!

Łapiemy w łapki:

Na ciasto:

-1kg mąki
-0,5 szklanki oleju
-paczuszka suchych drożdży ( wolę świeże, ale tylko takie miałam pod ręką)
-garść koperku
-łyżeczka soli
-woda do uzyskania pożądanej konsystencji

Na farsz:

-500g bobu
-2 kostki wędzonego tofu (opakowania po 160g)
-około 10 średnich ziemniaków (to taka orientacyjna liczba, ziemniaki w pewnym sensie spełniają tu rolę zagęstnika, ale jeżeli będzie ich mniej, to absolutnie nic nie szkodzi).
-przyprawy: dużo pietruszki, sól, pieprz..........


Wyrabiamy ciasto, aż uzyskamy niezbyt lepiącą się kulę i wystawiamy na słoneczko do wyrośnięcia.
Bób wrzucamy na kilka minut do wrzącej wody, wyciągamy, spłukujemy zimną wodą i obieramy z łupinek.
Następnie wrzucamy znowu do wrzątku tym razem gotując go około 6 minut.
Wyciągam, odcedzamy i wyrzucamy do ostygnięcia.
Podobnie postępujemy z ziemniakami.
Gdy składniki będą już zimne, wrzucamy wszystkie do jednej miski, kruszymy tofu i mielimy wszystko w maszynce do mielenia, ot co! ;)
Gotowy już praktycznie farsz przyprawiamy solą, pieprzem, pietruszką i czym jeszcze mamy ochotę-ja ograniczyłam się do tych trzech przypraw.

Teraz wyciągamy wyrośnięte ciasto i kleimy z niego pierożki, nakładając nasz farsz bobowy.
Pieczemy aż będą złociutkie w 200 stopniach.

Uwaga! na ciepło są pyszne, ale na zimno powalają wręcz i znikają w ustach domowników nawet na śniadanie ;)








A latem dni lecą szybko, niektórych spraw nie rozumiem, nie rozumiem siebie, ale najważniejsze jest przecież, że na obecną chwilę jest pięknie! Dużo muzyki mi w sercu gra, dużo ciepła, myśli, zapomnienia i uśmiechu. Nie musi być tak wiecznie, ale jest tak teraz. I dobrze! :)





czwartek, 2 sierpnia 2012

Pełnoziarniste świderki z sosem z przydomowych maślaków i cukinii, yeah! ;)

Niesamowite! Ucieszyłam się jak dziecko, gdy mama poinformowała mnie, że odnalazła pod świerkami w ogródku najprawdziwsze maślaki. Od razu złapałam koszyk i udałam się na ogródkowe grzybobranie. Cudo! :)
Dawno też nie jadłam makaronu, więc powstał sos grzybowy.
Żeby nie było zbyt jałowo trzeba było zaopatrzyć się także w cukinię.

Tak więc powinniście posiadać:

-około 10 średniej wielkości maślaków
-makaron
-jedną niewielką cukinię

A bazą do sosu jest najzwyczajniejszy beszamel, na który przepis znajdziecie tutaj.

Maślaki jeżeli zajdzie taka potrzeba obieramy ze skórki. Moje przydomowe były stosunkowo młodziutkie, a skórka była ładna, więc oszczędziłam im obierania i jedynie je wyszorowałam.
Kroimy je w niewielkie cząstki - prostokąty, kwadraty, trójkąty-jak wolicie, wrzucamy do wrzątku i gotujemy przez kilka minut. Odcedzamy.
Cukinię kroimy w drobną kosteczkę i dusimy do miękkości.
W tym czasie przygotowujemy bazę na sos, czyli beszamel z powyższego przepisu, możemy dodać nieco więcej mleka sojowego, aby był nieco rzadszy.
Możemy również już powoli zacząć gotować makaron.
Do beszamelu wrzucamy maślaki, cukinię i przyprawiamy jeszcze majerankiem, solą, pieprzem, gałką muszkatołową i dużą ilością pietruszki do smaku.  Podgrzewamy raz jeszcze.
Odcedzamy makaron, wykładamy na talerze i polewamy sosikiem.
Gotowe!





Proste i przyjemne dla podniebienia! :)


A dzisiaj serducho bije tak: